Od sierpnia ub.r. trwają naloty zachodnich sił powietrznych na stanowiska bojowników islamskich, a walczące z nimi oddziały kurdyjskie i irackie otrzymują zagraniczną pomoc. Poza lokalnymi sukcesami Kurdów nie doprowadziło to jednak do zasadniczej zmiany sytuacji na opanowanych przez Państwo Islamskie (IS) obszarach w Syrii i Iraku.
Jak to zmienić, w londyńskim Lancaster House dyskutują od czwartku szefowie dyplomacji państw zwalczających dżihadystów, wśród których prym wiodą USA i Wielka Brytania (w sumie koalicję walczącą z IS wspiera około 60 państw). To dlatego gospodarzami spotkania są wspólnie sekretarz stanu USA John Kerry i minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Philip Hammond.
Już tydzień temu ich przełożeni – prezydent Obama i premier Cameron – we wspólnym artykule opublikowanym w „Timesie" zadeklarowali wzmożenie walki z ekstremizmem islamskim. „Pokonamy tych barbarzyńskich zabójców i ich spaczoną ideologię" – napisali. Kontynuując ten wątek, Kerry powiedział podczas otwarcia konferencji, że Zachód nie zamierza poświęcać swoich wartości.
Szef brytyjskiej dyplomacji poparł amerykańskiego kolegę, jednak musiał przyznać, że nie wszystko idzie zgodnie z planem. Tuż przed rozpoczęciem londyńskiej konferencji powiedział w wywiadzie radiowym, że dotychczasowe działania były niewystarczające, a szkolone i wyposażane przez Zachód siły irackie będą w pełni gotowe do walki dopiero za kilka miesięcy.
Nie zmienia tego dyplomatyczny optymizm irackiego premiera Hajdera Abadiego, który podczas spotkania z premierem Davidem Cameronem zapewniał, że siły irackie już teraz zdołały powstrzymać ofensywę IS. W rzeczywistości największy ciężar walk naziemnych z islamistami spadł na barki bojowników kurdyjskich (peszmergów), którzy wykazują się wielką odwagą, jednak w większości dysponują stosunkowo słabym sprzętem.