Wielkie zdjęcia Orbana i wiwatujących zwolenników Fideszu zdominowały wczoraj czołówki wszystkich – i prawicowych, i lewicowych – węgierskich gazet. Wszędzie praktycznie ten sam tytuł: „Fidesz o krok od zdobycia dwóch trzecich miejsc w parlamencie”.
Wielu Węgrów mówi: nareszcie. – Dziś nawet niektórzy lewicowi intelektualiści przyznają, że lata, kiedy rządził Orban, 1998 – 2002, były lepsze niż to, co nastąpiło później – mówi Andrasz Lanczi, politolog, autor książek o węgierskiej polityce.
Według wciąż niepełnych wyników prawicowa partia Orbana otrzymała w niedzielę 52-procentowe poparcie, czyli 206 miejsc w 386-osobowym parlamencie. Do zdobycia absolutnej większości, która pozwoli jej całkowicie samodzielnie rządzić, potrzeba 258 mandatów. Wszystko jednak wskazuje na to, że za dwa tygodnie, w drugiej turze wyborów, Fidesz bez problemu osiągnie ten wynik.
– Węgierska polityka przechodzi właśnie zmiany tektoniczne. Już dziś Fidesz ma większość, ale w drugiej turze ma szansę zdobyć większość absolutną. To bezprecedensowe wydarzenie. Żadna partia nigdy nie uzyskała takiego gigantycznego poparcia. Na Węgrzech nigdy w historii żadne ugrupowanie nie zdobyło ponad 50 proc. głosów. Nigdy też się nie zdarzyło, by między zwycięzcą wyborów a drugą partią było ponad 30 punktów procentowych różnicy – mówi Mark Szabo, politolog z ośrodka Perspective Institute w Budapeszcie.
Do historii przeszedł dwupartyjny system polityczny. Na polu gry pozostał jedynie Fidesz i trzy średniej wielkości ugrupowania. Jednak, jak mówią politolodzy, zaskoczeniem nie jest sukces Fideszu ani wielka porażka socjalistów (19 proc.), którzy stracili ponad połowę elektoratu, ani to, że do parlamentu dostał się nacjonalistyczny Jobbik (16 proc. głosów).