– Obawiam się efektu domina. Mamy do czynienia z regulacją, która w znacznym stopniu wpływa na to, jakie filmy możemy robić. Obawiać się powinien i główny nurt produkcji filmowej, tego typu ograniczenia mogą mieć wpływ na wszystkich – ostrzegał na niedawnym spotkaniu producentów Christian Mann, główny menedżer firmy Evil Angel Productions, cytowany przez yahoo.news. Chodzi o wprowadzony w hrabstwie Los Angeles nakaz używania przez aktorów prezerwatyw w trakcie kręcenie określonych scen.

Dwie wytwórnie filmów porno wystąpiły już z pozwami przeciwko władzom Los Angeles, domagając się zniesienia tego nakazu.

W trosce o zdrowie

Ich zdaniem stanowi on naruszenie wolności słowa w USA , co gwarantuje pierwsza poprawka do konstytucji. Wiele amerykańskich orzeczeń sądowych odwołuje się do tej właśnie poprawki w sprawach dotyczących filmów porno. – Reprezentujemy całkowicie legalny przemysł. Nie powinien więc podlegać jakimkolwiek restrykcyjnym regulacjom – twierdzą przedstawiciele branży.

Innego zdania są władze hrabstwa Los Angeles. Jest to miejsce, gdzie powstaje znakomita część amerykańskiej produkcji pornograficznej. Z inicjatywy jednej z fundacji ochrony zdrowia władze doszły do wniosku, że jednym z koniecznych środków prewencyjnych przeciwko AIDS jest wprowadzenie prezerwatyw do biznesu porno. Tym bardziej że pojawiały się w tym środowisku przypadki zachorowania nie tylko na AIDS, ale na wiele innych chorób przenoszonych drogą płciową. Udokumentowano 22 przypadki zachorowania na HIV od 2004 roku. Nie ma jednak pewnych dowodów, że do zakażeń doszło na planie filmowym. Producenci porno udowadniali, że według ich szacunków od 2004 roku nakręcono w wytwórniach na terenie hrabstwa co najmniej 350 tys. „bezpiecznych" scen bez prezerwatyw. Powołują się przy tym na działający w regionie system comiesięcznych kontroli zdrowia aktorów zatrudnianych w branży.

W listopadzie 2012 roku, w tym samym czasie co wybory prezydenta USA, odbyło się referendum w tej sprawie. 57 proc. jego uczestników opowiedziało się za prezerwatywami. Na tej podstawie uchwalono lokalne przepisy. Zgodnie z nim aktorzy muszą nie tylko używać prezerwatyw, ale odpowiednie władze mają prawo wysyłania na plan swych kontrolerów.

Długa batalia

– Nasi odbiorcy nie są zainteresowani ostrymi scenami przy użyciu prezerwatyw. Taka regulacja nas zniszczy – tłumaczy Steven Hirsch , założyciel  Vivid Entertainment, jednej z największych wytwórni porno. Jego zdaniem prezerwatywa w określonych scenach ma taki sam efekt jak użycie widocznych środków bezpieczeństwa w najbardziej widowiskowych scenach z udziałem Jamesa Bonda. Inni producenci grożą przeniesieniem produkcji do Wielkiej Brytanii, czego rezultatem będzie znaczny uszczerbek dla gospodarki hrabstwa Los Angeles. Ocenia się, że obroty pornobiznesu w tym regionie to ponad miliard dol. rocznie. Obroty całej branży na terenie USA sięgają podobno 10 -12 mld. dol. – Jedna aktorka porno w trakcie produkcji filmu daje zatrudnienie 20 pracownikom, począwszy od ekipy filmowej, skończywszy na kierowcach – udowadnia jeden z producentów. Statystyki mówią o 10 tys. zatrudnionych w branży. Jej centrum jest rejon San Fernando Valley.

Stowarzyszenie producentów o nazwie Free Speech Coalition udowadnia, że nic nie będzie w stanie powstrzymać producentów przed emigracją, oprócz przywrócenia status quo ante, czyli unieważnienia spornej ustawy. Władze hrabstwa nie chcą o tym słyszeć i o losie ustawy rozstrzygną sądy. Batalia zapowiada się długa i zakończy się zapewne w Sądzie Najwyższym.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

– Cała sprawa jest dęta jak nadmuchana prezerwatywa  – mówi „Rz" Andrzej Żuławski, polski reżyser, uważany niekiedy za skandalizującego.

W środowisku aktorów nie brak opinii, że nakaz prezerwatyw jest także niedopuszczalną ingerencją w sferę wolności osobistych. Cytowana anonimowo przez amerykańskie media jedna z aktorek porno przyznała, że właściwie to wolałaby, aby jej partnerzy filmowi używali prezerwatyw, jednak „to nie rząd powinien mówić mi, co robić. To nie jest cool".