Już od pierwszych dni konfliktu niemiecko-sowieckiego Armia Czerwona i NKWD próbowały budować ruch partyzancki na terenach zajmowanych przez Niemców i ich sojuszników. Później organizowaniem i koordynacją bitwy na tyłach zajęły się sztaby partyzanckie, powołane dla każdej z zachodnich sowieckich republik.

Za teren zajętej przez Sowietów w latach 1939 – 1940 Litwy odpowiadał Litewski Sztab Partyzancki dowodzony przez znanego działacza komunistycznego Anastasa Snieczkusa. Początkowo bardzo słabe i źle uzbrojone sowieckie oddziały partyzanckie i grupy rozbitków nie przejawiały większej aktywności. Sytuacja zmieniła się w drugiej połowie 1943 r., kiedy do lasów trafiło kilkuset Żydów, głównie uciekinierów z kowieńskiego getta. Do końca niemieckiej okupacji stanowili oni większość w najbardziej znanych sowieckich oddziałach partyzanckich, takich jak „Wpieriod” („Naprzód”), „Borba” („Walka”) czy „Smiert okupantam” („Śmierć okupantom”).

Ale dowodzenie wspomnianymi oddziałami Moskwa powierzała ludziom zaufanym, zwykle przerzuconymi wcześniej na Litwę przez NKWD. Do tej ostatniej grupy zaliczał się na przykład Konstantin Rodionow ps. Smirnow, którego oddział „Śmierć okupantom” walnie przyczynił się do tragicznego losu wsi Koniuchy.

Jednak znaczny rozrost sowieckich sił partyzanckich w rejonach Puszczy Rudnickiej nie spowodował wzrostu jej aktywności. Brak wyszkolenia bojowego i broni, słaba dyscyplina i powszechna demoralizacja nie pozwalały na podjęcie poważniejszych działań przeciwko Niemcom. Z dokumentów Litewskiego Sztabu Partyzanckiego, a nawet sporządzonych w latach 1944 – 1945 relacji samych partyzantów wynika, że do końca niemieckiej okupacji większość ze wspomnianych oddziałów wykonała do kilku akcji bojowych, z czego większość miała znikome znaczenie militarne.

Rozmaite „wyczyny bojowe” sowieckich partyzantów, wyolbrzymiane w oficjalnej sprawozdawczości jeszcze w czasie wojny, zaczęły lawinowo rosnąć dopiero po wojnie. Ale wiele wskazuje na to, że efekt militarnych działań nie był dla Moskwy najistotniejszy. Ważna była aktywność wywiadowcza skierowana przeciwko niepodległościowym aspiracjom Polaków i Litwinów, a także zwalczanie (czy to poprzez likwidację, czy to donos do gestapo) „antysowieckiego elementu”.

Jest więc kwestią dyskusyjną, na ile była to partyzantka „antyfaszystowska” (względnie „antynazistowska”), jak nazywa się ją w Rosji i USA, a na ile było to przedłużenie sowieckich organów bezpieczeństwa działających przeciwko interesom narodów ujarzmionych przez Stalina.

Dla ofiar eksterminacyjnej polityki niemieckiej ucieczka do lasu była praktycznie jedyną szansą na ocalenie życia. Brak środków utrzymania wymuszał zaopatrywanie się u okolicznej ludności. W okolicach Puszczy Rudnickiej była ona często niezwykle biedna, musiała oddawać obowiązkowe kontyngenty oraz utrzymywać polską partyzantkę niepodległościową. Trudno więc oczekiwać, że była zadowolona z konieczności dodatkowego utrzymywania grup żydowskich uciekinierów. Warto też pamiętać, że niemieckie władze organizowały rękami lokalnej policji i chłopów obławy na Żydów ukrywających się w lasach. Zdobycie broni i utworzenie większych grup partyzanckich na zalesionych obszarach dawało szanse na przetrwanie i zdobycie żywności. Za wytworzenie się takiego diabelskiego kręgu oczywiście nie byli odpowiedzialni Polacy, Litwini ani Żydzi, tylko polityka III Rzeszy.

Do tej skomplikowanej układanki trzeba dodać jeszcze jeden element: Sowietów. Chętnie przyjmowali żydowskich uciekinierów, dążąc wszelkimi siłami do wzmocnienia swych szeregów. Żydzi rzadko pełnili funkcje kierownicze, ale ich obecność była widoczna i potęgowała stereotyp żydokomuny. Nadto w powszechnym mniemaniu miejscowej ludności sowieccy (a wśród nich i żydowscy) partyzanci kojarzyli się z okupacją lat 1939 – 1941, z sowieckimi deportacjami i zbrodniami.

Partyzanci żydowscy, będąc członkami sowieckich oddziałów partyzanckich, realizowali zadania wynikające z ogólnej polityki Moskwy: rozpracowywanie i likwidacja działaczy polskiego i litewskiego podziemia niepodległościowego, a także akcje typowo pacyfikacyjne. Warto również pamiętać o stosunku Sowietów do kwestii zaopatrzenia. Instrukcje przysyłane z Moskwy nakazywały „zaopatrywanie się w lokalnych organizacjach komsomolskich”. Wobec kompletnego braku takowych, polecenia te zakrawały na farsę i de facto było daniem wolnej ręki w rabunku miejscowej ludności.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Sowieccy partyzanci nie czuli się emocjonalnie związani z polskimi czy litewskimi chłopami. Traktowali ich równie brutalnie, co szczerze: jak ludność podbitą. O „akcjach zaopatrzeniowych” wobec miejscowej ludności można znaleźć dziesiątki relacji złożonych przez ich uczestników.

Jeden z nich Izrael Weiss wspominał w 1962 r.: „Stoi mi wyjątkowo jasno przed oczyma jedna taka akcja. Oddział w sile kompanii pod dowództwem Szlomo Branda wyruszył o zmroku tego zimowego dnia, aby zaopatrzyć się w prowizję w «bogatej» wiosce niedaleko miasteczka Ejszyszki. Do celu dotarliśmy około północy. Wystawiliśmy czujki po obu stronach wioski, a ja wraz ze swymi ludźmi wszedłem do pierwszego gospodarstwa. (...) Pracowaliśmy jak w gorączce przez całą noc, zbierając jedzenie i byliśmy gotowi do odwrotu, gdy zaświtał ranek. Szlomo i 20 jego ludzi zostało z tyłu, aby osłaniać nasz odwrót. My odjechaliśmy na saniach. (...) W żadnym wypadku nie był to jakiś wyjątek”.

Gdyby partyzantka sowiecka ograniczała się do konfiskat wyłącznie towarów potrzebnych do przeżycia i w umiarkowanych ilościach, tak by przeżyć mogli i miejscowi chłopi, problem byłby mniej dramatyczny. Ale brak dyscypliny i kompletne nieliczenie się z ludnością powodowały, że chłopi stawali się obiektem maruderstwa i pospolitego bandytyzmu. Rabowano odzież damską i obrączki ślubne, poszukiwano kobiet, pieniędzy i wódki. Litewski historyk Rimantas Zizas napisał: „Ze starostwa Dawciuny do Puszczy Rudnickiej co noc «idzie» 6 – 8 furmanek, skąd nigdy nie wracają wozy i konie «w porządku»: jeden koń wrócił siekierą pokaleczony. (…) W ciągu krótkiego czasu większość koni stała się niezdolna do pracy, wozy połamane, w okresie 1 – 1,5 miesiąca więcej niż połowa mieszkańców została bez obuwia i ubrań”.

Miejscowa ludność znajdowała się w coraz trudniejszej sytuacji. Dramatyzm sytuacji wzmacniał łatwy dostęp do broni i powszechne, wojenne zdziczenie. W niektórych wsiach zaczęto poważnie przemyśliwać o jakiejś formie obrony. Konflikt z sowieckimi partyzantami był więc nieuchronny.

Wieś Koniuchy (przedwojenny powiat Lida) leży dziś na Litwie, niedaleko granicy z Białorusią. Wiosną 1943 roku w jej okolicy coraz częściej zaczęli pojawiać się partyzanci sowieccy z Puszczy Rudnickiej. Początkowo stosunki z miejscową ludnością nie były najgorsze. Problem pojawił się z czasem, kiedy „odwiedziny” stawały się coraz częstsze i coraz tragiczniejsze w skutkach.

Wedle ustaleń sowieckiej prokuratury z końca lat 40. podczas jednej z kolejnych „wizyt” mieszkańcy wsi Franciszek i Adolf Radzikowscy, „uzbroiwszy się w siekiery, nie wpuścili do swojego domu partyzantów Wojny Ojczyźnianej”. Starosta gromady Koniuchy Stanisław Bobin poprosił o ochronę litewską policję. Bez efektu. Mieszkańcy wsi powołali więc własną samoobronę. Kierowana przez Władysława Woronisa, uzbrojona w mniej więcej 20 sztuk broni (karabiny, dubeltówki i pistolety), miała w nocy czuwać nad bezpieczeństwem mieszkańców wsi i odstraszać wyruszających wieczorem na na żer sowieckich maruderów.

Do obrony polskiej ludności zaangażowały się też oddziały Armii Krajowej, rozbijając mniejsze grupy partyzantów i rozstrzeliwując schwytanych maruderów. Jak informował Moskwę jeden z sowieckich komisarzy odpowiadający m.in. za rejon Koniuchów Genrik Zimanas, sytuacja sowieckiej konspiracji stawała się coraz trudniejsza: „Samoobrona panoszy się, «biali» [Polacy – P.G.] gdzie nie spojrzysz, wszędzie ślady, a kiedy wrócisz, oczekują, później trzeba kogoś grzebać lub wykreślać z ewidencji. (...) Gdzie mamy się podziać? Zaszyć się we wsiach – znaczy zniszczyć aktyw i wcale nie dlatego, że wieśniacy nas nienawidzą. Jeśli oderwać się od uzbrojonej siły, to nawet w «rejonie partyzanckim» przyjdzie kilku «chuliganów kułaków» z sąsiedniej wsi z samoobrony i zastrzelą, nawet policji nie wezwą. Na południu powiatu nie udało się założyć kwater – jesienią 1943 r. wysłaną słabo uzbrojoną grupę rozpędzili Polacy”.

Sowieci potraktowali postawę miejscowej ludności jak zwykły bunt, który poważnie zagrażał wpływom komunistycznej konspiracji. Zapadła decyzja o ataku na Koniuchy, by rozbić tamtejszą „samoobronę”, a innym niepokornym wsiom, także stawiającym opór, dać nauczkę.

Jeszcze w 1943 r. wieś otrzymała list od Sowietów: „Koniuchy! Przerwijcie walkę przeciwko partyzantom! Złóżcie broń. Jeśli będziecie kontynuować walkę, spalimy wieś i zniszczymy wszystkich mieszkańców”. Koniuchy broni nie złożyły.

Wobec nieprzejednanej postawy chłopów kierownictwo sowieckiej konspiracji zbrojnej zaangażowało w akcję represyjną duże siły. Chaim Lazar napisał we wspomnieniach: „Sztab brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym. Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów, którymi dowodzi Jaakow (Jakub) Prenner. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Mieli rozkaz, aby nie darować nikomu życia. Nawet bydło i nierogacizna miały być wybite, a wszelka własność spalona”.

Wedle jednego z meldunków Polskiego Państwa Podziemnego: „W ostatnich dniach stycznia [1944 r.] wieś Koniuchy została otoczona przez bandę żydowską-bolszewicką w sile około 2 tys. Po otoczeniu wieś podpalono. Do uciekających mieszkańców strzelano. Ujętych, tak dorosłych, jak i dzieci żywcem rzucano do ognia. Wynik: 34 zabitych, 14 rannych, ilości osób spalonych żywcem nie ustalono. Z 50 budynków pozostało tylko cztery. Powodem był fakt, że wieś była częściowo uzbrojona przez Litwinów i do czasu opisanego wypadku opierała się grabieżom”.

W licznych wspomnieniach i opracowaniach wydawanych po wojnie w USA i Izraelu akcja na Koniuchy urosła do rozmiarów dużej bitwy z Niemcami. Jeden z partyzantów nazwiskiem Gelpern napisał: „Otrzymawszy posiłki z kowieńskiego getta, zgrupowanie «Śmierć okupantom» miało możliwość uczestniczyć w dużej akcji wraz z innymi zgrupowaniami z Puszczy Rudnickiej. W wiosce Koniuchy, jakieś 30 kilometrów od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów; zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich, a w tym «Śmierć okupantom» otrzymało więc rozkaz zniszczenia tej placówki bandytów. Na początku rozkazano Niemcom wstrzymać ich działalność i oddać broń. Gdy odmówili, ludowi mściciele zdecydowali działać według prawa: «Jeśli wróg się nie podda, wroga trzeba wyeliminować». (…) Niemcy zajmowali kilka domów i otworzyli ogień kulami dum-dum ze swych pistoletów maszynowych i karabinów maszynowych. Trzeba było szturmować każdy dom. Zastosowano kule zapalające, granaty ręczne oraz race świetlne, aby eksterminować Niemców”.

Ale inni partyzanci nie ukrywali, że zaatakowano nie „niemiecki garnizon”, tylko cywilną wioskę: „półnadzy ludzie skakali przez okna, próbując uciekać, ale nikt nie wymknął się z okrążenia. Niektórzy skakali wprost do rzeki, ale ich też zastrzelono”.

W pochowaniu ofiar pacyfikacji polskiej ludności Koniuchów pomogli litewscy policjanci z posterunku w Rakiszkach. Los ocalałych był dramatyczny. W środku zimy ich gospodarstwa spłonęły wraz z ubraniami, żywnością, inwentarzem. Część mieszkańców wyjechała od razu, reszta przetrwała do wiosny w naprędce wykopanych ziemiankach. Niedługo potem wielu z nich repatriowało się do Polski i rozjechało po świecie. Tymi, którzy zostali na miejscu, zajęły się organa NKWD. Zidentyfikowani członkowie „samoobrony” zostali aresztowani w 1947 r. za „zwalczanie partyzantów Wojny Ojczyźnianej”, a to oznaczało mniej więcej tyle, co kolaboracja z okupantem. Po jednodniowym procesie, w którym ich nawet nie przesłuchano (nie mówiąc już o możliwości skorzystania z obrońców), zostali skazani na dziesięć lat łagrów i konfiskatę mienia.

Po pacyfikacji Koniuchów Sowieci triumfowali. Do Moskwy wysłano depeszę o sprawnym przeprowadzeniu akcji. Po kilku miesiącach na te tereny wkroczyła już Armia Czerwona. Dowódca oddziału „Śmierć okupantom” Konstantin Rodionow ps. Smirnow był po wojnie funkcjonariuszem partyjnej nomenklatury na Litwie. Byli partyzanci trafili do milicji, wojska, oraz, jak Icchak Arad, do NKWD. Wielu z nich traktuje to jako powód do chluby, kontynuację walki z czasów wojny, udział w rozgromieniu faszyzmu. Ich opis tamtych wydarzeń wydaje się mocno uproszczony: Sowieci zwalczali „nazistów”, a więc „nazistą i kolaborantem” jest każdy, kto walczył z Sowietami.

Ale w takim ujęciu nie ma problemu istoty komunistycznego totalitaryzmu ani próby zrozumienia niepodległościowych aspiracji Litwinów czy Polaków. A ci widzą historię inaczej. Piszą o prawdziwym obliczu sowieckiej partyzantki, o rabunkach, mordach i pacyfikacjach, zwalczaniu AK i litewskiej konspiracji zarówno w czasie wojny, jak i po 1944 r.

Czarno-biała, wyłącznie heroiczna wizja działalności partyzantów żydowskich na Kresach Wschodnich tkwi głęboko w świadomości Żydów. Była przecież jednym z mitów założycielskich Państwa Izrael. Zamiary naukowej rekonstrukcji skomplikowanej przeszłości czy też próby przesłuchania uczestników tych dramatycznych wydarzeń przyjmowane są, tak jak w wypadku prof. Arada, z oburzeniem jako przejaw antysemityzmu. O wspólnej wizji skomplikowanej historii na razie nie może być mowy. Co będzie w przyszłości, zobaczymy.

Autor jest historykiem, pracuje, w Biurze Lustracyjnym IPN