Boris Tadić milczał przez prawie dwa tygodnie. Od 21 lipca, gdy serbskie służby specjalne zatrzymały byłego prezydenta Republiki Serbskiej w Bośni, ani razu nie wystąpił publicznie. Aż do wczoraj. Cała Serbia w napięciu czekała na to wystąpienie. Jak ujawnił wcześniej tygodnik „Pecat”, prezydent Serbii osobiście miał być zaangażowany w operację aresztowania Rzeźnika z Bałkanów.

– Służby specjalne wykonały dobrą robotę. Jako prezydent Serbii nie ingeruję w ich pracę – zaprzeczył Tadić. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej powtórzył, że głównym celem Serbii jest dziś członkostwo w UE, dlatego Belgrad będzie współpracował z międzynarodowym trybunałem w Hadze. – Nie ma potrzeby, by ktokolwiek na nas naciskał. Dziś nikt nie może nam zarzucić, że nie szanujemy międzynarodowego prawa – mówił.

Od aresztowania Karadżicia Tadić otrzymał kilka listów z pogróżkami. Podobnie jak serbski prokurator ds. zbrodni wojennych Vladimir Vukcević. „Już nie żyjesz”, „Masz bombę pod samochodem”. Rasim Ljajcić, specjalny przedstawiciel Serbii ds. współpracy z Hagą, przeczytał w liście: „Skończysz jak Djindjić”. Były premier Zoran Djindjić został zamordowany w 2003 roku, dwa lata po wydaniu Slobodana Miloszevicia do Hagi.

Karadżić, który utrzymuje, że w 1996 roku zwarł tajny pakt z amerykańskim negocjatorem Richardem Holbrooke’em, znalazł świadka tamtych wydarzeń. To były szef MSZ Republiki Serbskiej w Bośni. – Holbrooke obiecał mi, że Karadżić nie będzie niepokojony przez trybunał w Hadze, jeśli na zawsze wycofa się z życia politycznego – powiedział Aleksa Buha. Według niego miało to miejsce w nocy z 18 na 19 lipca 1996 r., a w spotkaniu uczestniczył m.in. Miloszević i szef MSZ Jugosławii Milan Milutinović. Według gazety „Blic” do 2000 r. Karadżić był chroniony przez CIA.