Rosyjskie media internetowe huczały wczoraj o „artykule, którego nie było”. Conde Nast, wydawca ekskluzywnego magazynu dla panów, postanowił uchronić rosyjskiego czytelnika przed opublikowanym w amerykańskiej wersji tekstem Scotta Andersona „Władimir Putin – mroczna droga do władzy”. Według informacji BBC adwokat wydawnictwa wysłał do pracowników okólnik z instrukcjami: tekstu w Rosji pod żadnym pozorem nie publikować. Na amerykańskich blogach i forach internetowych rozgorzała dyskusja o naruszeniu wolności mediów i dziennikarskiej etyki. Rozpoczęła się też społeczna kampania, dzięki której w Internecie błyskawicznie ukazały się zeskanowane z amerykańskiego magazynu strony artykułu, a następnie jego rosyjskie tłumaczenie.
Przedstawiciele wydawnictwa Conde Nast odmawiali mediom komentarzy, przyznając jednocześnie, że „biorą pod uwagę przepisy i problemy w krajach, w których wychodzą ich gazety”. Co takiego było w tekście, że Amerykanie zdecydowali się na cenzurę? Scott Anderson – doświadczony korespondent wojenny – przeprowadził dziennikarskie śledztwo dotyczące wydarzeń z jesieni 1999 roku.
Wynika z niego, że seria wybuchów w domach mieszkalnych – odpowiedzialnością za nie obarczono Czeczenów i stały się oficjalnym powodem rozpoczęcia drugiej wojny czeczeńskiej – mogła być operacją służb specjalnych działających na zlecenie rządu. Czyli Władimira Putina, którego bezwzględna walka z czeczeńskim terroryzmem zawiodła wkrótce na Kreml.
Anderson przytacza fragmenty rozmowy z Michaiłem Triepaszkinem – byłym pracownikiem KGB, a potem FSB i jednocześnie prawnikiem, który prowadził niezależne śledztwo w tej sprawie. Cała historia może być jednak zręcznym chwytem marketingowym, ponieważ przetłumaczony na rosyjski artykuł można bez wysiłku znaleźć w Internecie, a historia o „amerykańskiej cenzurze” tylko podsyca ciekawość. W efekcie artykuł przeczyta prawdopodobnie więcej osób, niż kupiłoby ekskluzywny „GQ”.
Problem tkwi jednak nie tyle w dostępności, ile w odporności Rosjan na wszystko, co odbiega od telewizyjnego obrazu świata. Ci, którzy chcieli, już dawno przeczytali o całej sprawie chociażby w opozycyjnej „Nowej Gaziecie”.