Pewne jest tylko to, że były to najdroższe wybory w historii USA: kampania kosztowała aż cztery miliardy dolarów! Gdy w zimny listopadowy poranek odwiedziłem lokale wyborcze w Greenbelt w Marylandzie i Arlington w Wirginii, nie odniosłem jednak wrażenia, by nawet tak wielkie pieniądze były w stanie wyciągnąć z domów wielkie tłumy. Nie pomogły też rozdawane wyborcom nalepki „Już głosowałem”.
[srodtytul]Teraz my[/srodtytul]
– Wprawdzie gdy otworzyliśmy drzwi, czekało już dziewięciu wyborców, ale frekwencja jest nieporównywalna z tym, co widzieliśmy podczas wyborów dwa lata temu – mówił „Rz” Kenneth Barksdale Junior, przewodniczący komisji wyborczej w Prince George County w stanie Maryland. – Ale wybory prezydenckie zawsze przyciągają więcej osób – mówił przed wejściem do szkoły średniej w Greenbelt, gdzie odbywało się głosowanie.
Właśnie frekwencja miała być tajemnicą wyborczego sukcesu republikanów. – Wprawdzie jest u nas zarejestrowanych więcej demokratów, ale liczymy na to, że zostaną w domach – mówi „Rz” siwowłosy John Hines, który wspiera republikanina Charlesa Lollara.
– Zwycięstwo republikanów to dla Ameryki krok w tył. W kraju jest jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia, ale w tym celu demokraci muszą utrzymać kontrolę nad Kongresem. Dlatego, choć widziałem sondaże, przyszedłem zagłosować.