Wczoraj wileński Sąd Okręgowy skazał na dożywocie jednego ze sprawców wymordowania załogi przejścia granicznego w Miednikach – byłego funkcjonariusza jednostek specjalnych milicji Konstantina Michajłowa. Rosja wciąż ukrywa trzech uczestników mordu.
31 lipca 1991 roku grupa uzbrojonych milicjantów zaatakowała posterunek celny dążącej do niepodległości Litwy. OMON już wcześniej przeprowadzał akcje przeciwko nowo powstałym litewskim służbom granicznym. Ataki tłumaczono tym, że Litwa nie jest państwem niepodległym i nie ma prawa do własnych służb celnych i granicznych. Milicyjne akcje kończyły się na ogół pobiciem celników i podpalaniem posterunków. W Miednikach siedmiu bezbronnych celników zastrzelono. Ósmy, Tomas Šernas, został ciężko ranny.
Jednym z morderców był Michajłow. Po upadku Związku Sowieckiego pod zmienionym nazwiskiem ukrywał się na Łotwie. Jednak w roku 2007 Ryga wydała go Litwie. Tamtejsza prokuratura prowadzi też dochodzenie przeciwko trzem innym napastnikom, ale Rosja, której są obywatelami, odmawia ich wydania. Ówczesny prezydent niepodległej Litwy, obecnie europoseł Vytautas Landsbergis, jest przekonany, że na ławie oskarżonych powinien się również znaleźć dowódca jednostki milicji specjalnej, ukrywający się w Rosji Bolesław Makutunowicz. Landsbergis uważa, że sprawa nie powinna być traktowana jako przestępstwo pospolite, ale jako zbrodnia wojenna.
– Dla Litwy sprawa mordu w Miednikach to sprawa honoru. Posterunki graniczne były symbolami odradzającej się niepodległości – mówi „Rz" komentator tygodnika „Veidas" Audrius Bačiulis. – Mord w Miednikach można uznać za swoiste uznanie faktu, że Litwa jest niepodległym państwem, z którym trzeba walczyć wszelkimi środkami.
Zdaniem Bačiulisa należy wyjaśnić, kto wydał milicjantom rozkaz zamordowania celników. – Nie wiemy, czy to kierownictwo na Kremlu czy któryś z miejscowych, przywódców – mówi.