Jeszcze przed wyjazdem do Afganistanu kolega, który szkolił tu ponad rok temu afgańską policję, pokazał mi film. Oglądałam, jak przyszli stróże prawa uczą się musztry. Film był przekomiczny. Kandydaci na policjantów maszerowali, ale każdy w innym kierunku. Nie udało im się synchronizować ani rąk, ani nóg. Przy czym miny mieli takie, jakby ostatnią rzeczą, o której myśleli, było maszerowanie.

Galeria zdjęć

Tymczasem służby lokalne będą musiały wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo nad własnym krajem, gdy misja ISAF dobiegnie końca. Dlatego postanowiłam sprawdzić, jak nasz kontyngent radzi sobie z tym zadaniem. Żołnierze stacjonują w kilku bazach na terenie prowincji Ghazni i w każdej jest komórka odpowiedzialne za szkolenie wojska, tzw. OMLT, i policji tzw. POMLT.

W największej – w Ghazni - jest Akademia Policyjna, w której afgańscy instruktorzy  pod okiem żołnierzy Żandarmerii Wojskowej przygotowują przyszłych policjantów do pracy.

- Centrum zostało przekazane pod dowództwo Polaków w marcu tego roku – wyjaśnia mjr Wińczysław Jastrzębski z Komendy Głównej Żandarmerii Wojskowej, komendant centrum szkolenia policji w Ghazni. - Placówka może jednorazowo szkolić 250 studentów. Major dodaje, że oprócz typowo specjalistycznych szkoleń policyjnych prowadzone są też kursy nauki pisania, czytania i podstaw matematyki. - Nasi studenci są naprawdę bardzo zaangażowani. Chcą się uczyć i nie boją się pracy – podkreśla mjr Jastrzębski.

Właśnie kończą się cotygodniowe zajęcia. Będzie uroczysta zbiórka, odprawa i musztra. Jestem więc ciekawa, jak to wyjdzie. Prawie dwustu afgańskich policjantów ustawia się w kilku szeregach na zadaszonym placyku. Przyjeżdża afgański komendant Akademii Policyjnej kpt. Ramazan Ali.

Kapitan ostatnie 25 lat spędził walcząc. Zaczynał jako młody oficer na wojnie afgańsko – radzieckiej w latach 80. Jest Hazarem. - Ale w tym wieloplemienym kraju zawsze powtarza studentom w akademii, że nie chce widzieć żadnych podziałów. Uświadamia ich, że wszyscy są Afgańczykami – opowiada major.

Komendant Ali daje sygnał do rozpoczęcia ceremonii. Kursanci ruszają... ku mojemu zaskoczeniu miarowym, równym krokiem. Jak opowiada kapitan Ali, większość ze studentów po ukończeniu kursu pozostaje w służbie, choć zdarzają się też przypadki, że przechodzą na stronę talibów. - Najczęściej  eliminują ich z pracy rany odniesione podczas pełnienia obowiązków – opowiada.

W Afganistanie bycie policjantem jest bardzo niebezpieczne. Są narażeni na ostrzały, wybuchy, wielu gnie. Boją się też o własne rodziny, bo gdy talibowie dowiedzą się, że pracują dla afgańskich władz, oni i ich najbliżsi mogą być narażeni na krwawy odwet.

Autopromocja
30 listopada, godz. 12.00

Kto zdobędzie Zielone Orły "Rzeczpospolitej"?

Sprawdź szczegóły

- Jesteśmy tu, bo chcemy, by w naszym kraju było bezpieczniej – mówi dowódca niewielkiej, kilkuosobowej grupy afgańskich policjantów, która trenuje w Warriorze pod okiem żołnierzy z Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca. Ten oddział ma być w przyszłości elitą. - Szkolimy ich m.in. do zadań antyterrorystycznych – opowiada Krzysiek, komandos z Lublińca. Zjawiamy się na placu treningowym w momencie, gdy ćwiczą zdobywanie budynków. - Gdy do nas trafili, już zostali bardzo dokładnie wyselekcjonowani – opowiada Ofi, dowódca komandosów. - Dlatego nie musimy uczyć ich wszystkiego od podstaw.

Widzę, jak wielokrotnie w ustalonym szyku wchodzą do prowizorycznego domu. - Wielokrotnie powtarzanie tych samych czynności powoduje, że się one utrwalają. Pewne zachowania wchodzą w krew – mówi Krzysiek. - Co ciekawe, to my musimy dostosować się do ich tempa, które jest trochę wolniejsze, ale gdybyśmy im narzucili nasze, nic z tego, by nie wyszło.

Najlepszych kandydatów komandosi zabierają ze sobą na akcje. Tak też było, gdy ponad dwa tygodnie temu, bez jednego wystrzału, operatorzy z Lublińca przejęli i zniszczyli ogromny – ponadtonowy skład materiałów wybuchowych. Widziałam, jak komandosi i ich afgańscy podopieczni wracali z operacji. Zmęczeni, ale dumni i szczęśliwi, że wszystko się udało. - W ten sposób pokazujemy, że im ufamy i traktujemy ich z szacunkiem – opowiadają. Żartobliwie komandosi nazywają swoich podopiecznych „pitbullami”, ale gdy widzą, że któryś z żołnierzy koalicji ma do nich o coś pretensje, na przykład na stołówce, natychmiast stają w ich obronie.