Korespondencja z Rzymu



Byłemu ministrowi i senatorowi Francesco Storacemu grozi za to nawet pięć lat więzienia.



Jeśli Izba Deputowanych też przyjmie tę ustawę, a wydaje się to formalnością, Italia przestanie być jedynym demokratycznym krajem, w którym za zniesławienie dziennikarz może trafić za kratki. Haniebny zapis w kodeksie karnym przewidujący dla żurnalistów karę do pięciu lat więzienia za zniesławienie pochodzi z czasów faszystowskiego reżimu Mussoliniego (1930 r.). Mimo najróżniejszych inicjatyw parlamentarnych nie udawało się go zmienić od 1948 r., czyli od 66 lat. Może dlatego, że we Włoszech aż 25 proc. takich spraw dziennikarzom i mediom wytaczają politycy, a drugie tyle sędziowie.

Projekt ustawy, którą przegłosował Senat, przewiduje jedynie karę finansową do 50 tys. euro oraz usunięcie z internetu informacji uznanej przez sąd za zniesławiającą, podobnie jak poświęcone jej komentarze. Zniesławiający dziennikarz może również otrzymać sześciomiesięczny zakaz uprawiania zawodu.

Zmiany prawa domagała się od Włoch Komisja Europejska, a bezpośrednim impulsem był skandal sprzed dwóch lat, gdy naczelny dziennika „Il Giornale" Alessandro Sallusti dostał za zniesławienie sędziego  karę 14 miesięcy więzienia i zaczął ją odbywać w reżimie aresztu domowego. Po kilku dniach dziennikarza ułaskawił prezydent Giorgio Napolitano. Skandal polegał również na tym, że Sallusti nie był autorem dyfamacyjnego tekstu, a skazany został za niedopełnienie kontroli edytorskiej (autora skazano na zapłacenie 4 tys. euro odszkodowania).

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Co więcej, sprawę wytoczył sędzia, który wyrokiem pierwszej instancji otrzymał od Sallustiego 5 tys. euro rekompensaty, a za odstąpienie od procedury apelacyjnej w ramach ugody zażądał dalszych 20 tysięcy euro. Sallusti się nie zgodził, a koledzy po fachu zniesławionego sędziego wlepili naczelnemu w apelacji karę 14 miesięcy więzienia i na dodatek dalsze 30 tys. euro odszkodowania. Drakońską karę jednoznacznie interpretowano jako efekt korporacyjnej solidarności bezkarnej sędziowskiej kasty. W dalszym ciągu włoski kodeks karny w art. 278 przewiduje karę do pięciu lat więzienia za obrazę honoru lub prestiżu prezydenta.

Za trzy tygodnie na mocy tego artykułu przed sądem stanie Francesco Storace, były minister zdrowia i senator, obecnie szef bezwpływowej partii Prawica, bo w 2007 r. powiedział, że „prezydent Napolitano nie jest godny sprawowania swojej funkcji". Storace, wówczas minister, oburzał się na mianowanych przez prezydenta senatorów dożywotnich (prezydent mocą konstytucji może mianować pięć takich osób za wybitne zasługi dla Italii) za to, że ci zamiast zachować w kwestiach stricte politycznych bezstronność, jak nakazują dobre obyczaje, utrzymują przy życiu lewicowy rząd Romana Prodiego, który w Senacie miał większość zaledwie dwóch głosów.

Obraził przy tym sędziwą, dożywotnią senatorkę Ritę Levi-Montalcini (Nagroda Nobla w dziedzinie medycyny w 1986 r., udział w ruchu oporu w czasie wojny), pisząc na blogu, że trzeba jej podesłać kule, żeby mogła żwawiej chodzić i wspierać rząd. Giorgio Napolitano w specjalnej nocie uznał te słowa za niegodne i haniebne, a Storace odpyskował. Potem się zreflektował i przeprosił obrażonych. W tej sprawie udał się nawet na Kwirynał, by pokajać się przed prezydentem. Odbyli godzinną rozmowę przy kawie.

Prezydent Napolitano przeprosiny przyjął, a nawet zapewnił, że jeśli parlament postanowi znieść artykuł 278 kodeksu karnego o obrazie prezydenckiego majestatu, nie będzie się sprzeciwiał.

Sprawa została więc zamknięta dla wszystkich poza włoskim wymiarem sprawiedliwości. W związku z tym teraz, siedem i pół roku po incydencie, Storace stanie przed sądem. Polityk zapowiada, że drugi raz przepraszać za swoje słowa nie ma zamiaru i jeśli sąd zaproponuje mu ugodę, wybierze więzienie, by w ten sposób zaprotestować przeciw, jak to ujął, „kretyńskiemu prawu i arogancji sędziów".