Ceny w Izraelu niemiło zaskakują przybysza z Polski, zwłaszcza w lokalach gastronomicznych. Nawet w restauracyjkach arabskich w Jerozolimie, zazwyczaj znacznie tańszych niż izraelskie, jest co najmniej dwa razy drożej niż w naszym kraju. Za najprostsze danie mięsne, ćwiartkę kurczaka z frytkami czy kanapkę z kawałkami mięsa pieczonego na pionowym ruszcie, trzeba zapłacić ponad 35 szekli (1 szekel to około 90 groszy). Ponad dwa razy droższe niż u nas jest piwo w izraelskich barach. Dużo droższa jest nawet woda mineralna, której picie ze względu na temperatury jest tu znacznie bardziej uzasadnione niż w zimnej północnej Europie.

Droga jest tu komunikacja miejska i – co również ważne dla turystów zagranicznych – drogie są hotele.

Teoretycznie nie powinno to wszystko niepokoić Izraelczyków, bo ich zarobki są ponad dwukrotnie wyższe niż w Polsce – według danych izraelskiego urzędu statystycznego wynosiły we wrześniu 2014 roku aż 9489 szekli.

Ceny w izraelskich lokalach gastronomicznych i supermarketach stały się jednak symbolem buntu młodych mieszkańców tego kraju, mających problemy ze znalezieniem dobrze płatnego zajęcia i rozpoczęciem dorosłego życia na własny rachunek.

Kilka miesięcy temu krajem wstrząsnął wpis na Facebooku. Młody Izraelczyk zamieścił tam paragon z niemieckiego supermarketu, na którym najbardziej rzucała się w oczy cena deseru śmietankowego – 0,19 euro, czyli niewiele więcej niż 1 szekel. Za tę sumę nic zaspokajającego nawet niewielki głód nie da się w Izraelu kupić.

Wpis, który ukazał się na stronie organizacji namawiającej młodych Izraelczyków do emigracji do Berlina, wywołał oburzenie starszej generacji, Żydów ocalałych z Holokaustu, dla których był wyrazem utraty patriotyzmu młodego pokolenia. Dla tych, którzy przeżyli Zagładę, pomysł wyjeżdżania do kraju, który ją Żydom zgotował, tylko dlatego że jest tam taniej, jest oburzający.

Niektóre supermarkety minimalnie obniżyły ceny. Ale chętnych do emigracji do bogatych i tańszych Niemiec nadal nie brakuje.