W państwa badaniu pada ważny wniosek: polski system ochrony zdrowia okazał się odporny na nagły napływ dużej liczby pacjentów z Ukrainy. Czy to oznacza, że system był dobrze przygotowany na ten kryzys?
Nie powiedziałabym, że był dobrze przygotowany. Ta krótkoterminowa odporność była raczej efektem mobilizacji i wsparcia z wielu stron. Mówimy zresztą o systemie rozumianym dość szeroko – nie tylko o publicznej ochronie zdrowia, ale też o prywatnej opiece zdrowotnej, organizacjach pozarządowych i poszczególnych osobach, które pomagały ukraińskim pacjentom poruszać się po polskim systemie. Pracownicy ochrony zdrowia pracowali więcej i robili, co mogli, żeby wszyscy otrzymali pomoc. Prywatne firmy przez pewien czas świadczyły swoje usługi osobom uciekającym przed wojną bezpłatnie.
Ogromne znaczenie miało też wsparcie organizacji społecznych i zwykłych ludzi. Polski system ochrony zdrowia jest dość skomplikowany dla pacjenta. Nie zawsze łatwo jest się w nim poruszać, więc pomoc kogoś, kto wskazywał, gdzie pójść i jak z systemu skorzystać, była bardzo ważna.
Czyli system wytrzymał, ale w dużej mierze dzięki społecznemu wsparciu?
Tak. Można powiedzieć, że była to forma pospolitego ruszenia. Warto jednak podkreślić, że w badaniu zaznaczyliśmy: system okazał się odporny w krótkim terminie, ale nie oznacza to, że w ten sam sposób może pozostawać odporny przez lata. W dłuższej perspektywie potrzebne są rozwiązania systemowe, a nie pomoc organizacji pozarządowych (NGO) czy lekarzy pracujących po godzinach.
Czy możemy powiedzieć na podstawie tego doświadczenia, że polski system ochrony zdrowia jest wydolny?
Powiedzenie, że polski system ochrony zdrowia jest w pełni wydolny, byłoby nadużyciem, bo wiemy chociażby, jak wyglądają kolejki do lekarzy. W moim rozumieniu w pełni wydolny system to taki, w którym każdy, kto potrzebuje pomocy, otrzymuje ją wtedy, kiedy jej potrzebuje, a nie kilka miesięcy później.
Jednym z elementów tej mobilizacji było otwarcie polskiego systemu na ukraińskich medyków. Jak duże miało to znaczenie?
To była kolejna rzecz, dość wyjątkowa, jeśli spojrzeć na nią w skali światowej. Polskie przepisy ułatwiły ukraińskim lekarzom, pielęgniarkom czy położnym pracę w Polsce i uzyskanie dokumentów na nią zezwalających. Takie dokumenty otrzymało prawie 4 tysiące osób. To po pierwsze wsparło liczbowo polski system, w którym mamy przecież niedobory kadrowe. Po drugie ułatwiło komunikację z pacjentami w ich języku, co było bardzo ważne.
Czytaj więcej
8,8 proc. Ukraińców i 31,5 proc. Białorusinów zdało w tym roku Lekarski Egzamin Weryfikacyjny, który uprawnia lekarzy z dyplomem uzyskanym poza UE...
A czy badali Państwo, jak konkretnie wyglądała pomoc organizacji pozarządowych i lokalnych społeczności? W pierwszych miesiącach wojny często wyprzedzała ona działania instytucjonalne.
Mamy informacje dotyczące konkretnych organizacji i ich pomocy, natomiast nie mamy danych dotyczących całej skali tej pomocy. Często były to po prostu grupy znajomych ze szkoły, z pracy czy z jakiegokolwiek innego miejsca, które organizowały pomoc na własną rękę. Nie jesteśmy w stanie policzyć, ile takich osób było i jak szeroka była ta pomoc w skali całego społeczeństwa. Natomiast była ona bardzo intensywna. Potwierdzały to też badania dotyczące ogólnej skali pomocy udzielanej Ukraińcom.
Szkodliwa narracja w mediach społecznościowych, której celem jest skłócenie Polaków i Ukraińców
Dlaczego ta mobilizacja z czasem wygasła?
Już po kilkunastu miesiącach obserwowaliśmy zmęczenie pomaganiem. Osoby, które były bardzo zaangażowane, na pewien czas wstrzymały swoje normalne życie, żeby organizować pomoc. W naturalny sposób taka spontaniczna pomoc na wielką skalę zaczęła się więc wypalać. Poza tym sytuacja się zmieniła. Wiele osób, które przyjechały z Ukrainy w 2022 czy 2023 r., ma już w Polsce normalne życie. Nie potrzebują więc kogoś, kto będzie ich wspierał czy pomagał im poruszać się chociażby po systemie ochrony zdrowia. Oni są już tak naprawdę stąd i mniej więcej wiedzą, jak ten system działa.
Zmieniła się też atmosfera społeczna.
Tak. Od wyborów prezydenckich mamy też niestety narrację polityczną ze strony kilku partii, która moim zdaniem jest szkodliwa. Kwestionuje to, że ci ludzie tutaj żyją, dokładają się do wspólnego „garnuszka” i powinni tu być. Ukraińców czasami przedstawia się jako tych, którzy coś dostają, albo mają lepiej niż Polacy. Szkodliwa jest też narracja w mediach społecznościowych, sterowana, moim zdaniem, przynajmniej częściowo z Moskwy, której celem jest skłócenie Ukraińców i Polaków. Efekty tego widzimy dzisiaj w sondażach – zarówno jeśli chodzi o poparcie dla wspierania Ukrainy, jak i dla obecności w Polsce Ukraińców czy uchodźców wojennych. Dzisiaj ta atmosfera jest zupełnie inna niż w okresie, o którym piszemy w tym artykule.
W pierwszych miesiącach wojny pojawiała się też narracja, że Ukraińcy mają w Polsce „pierwszeństwo” w dostępie do świadczeń zdrowotnych. Skąd się wzięło to przekonanie?
To pierwszeństwo było narracją z mediów społecznościowych, która nie miała podstaw w faktach. W Polsce wydarzyło się natomiast coś wyjątkowego w porównaniu z wieloma tego typu sytuacjami. Ukraińcy zostali włączeni do zwykłego systemu opieki zdrowotnej. Bardzo często osoby uciekające przed wojną czy innymi kryzysami trafiają do specjalnie dla nich przeznaczonych jednostek, które oferują im usługi zdrowotne i ewentualnie kierują ich dalej do szerszego systemu. Nie są więc traktowane jak reszta pacjentów. W Polsce było inaczej.
Była więc pewna forma preferencji.
Tak. Osoby posiadające PESEL ze statusem UKR z samego tego tytułu miały dostęp do opieki zdrowotnej. W Polsce, żeby mieć ubezpieczenie i dostęp do publicznej opieki zdrowotnej, trzeba albo pracować, albo mieć inny tytuł do ubezpieczenia, na przykład związany ze studiami czy małżeństwem. Można więc powiedzieć, że osoby, które przyjechały po lutym 2022 r. rzeczywiście były w korzystniejszej sytuacji niż ktoś, kto w Polsce nie pracuje, albo migrant, który przyjechał wcześniej, nawet z Ukrainy, pracujący w szarej strefie, bez umowy i bez ubezpieczenia. Taka preferencja istniała. Nie oznaczała jednak pierwszeństwa w kolejkach, czy dostępu do świadczeń poza kolejnością.
Dzięki migracji ukraińskich lekarzy, wiemy już, co robić przy sprowadzeniu zagranicznych medyków
Według danych, na które powołują się Państwo w badaniu, udział ukraińskich uchodźców wojennych w wydatkach na publiczną ochronę zdrowia wynosił 0,35 proc. w 2022 r. i 0,44 proc. w 2023 r.
W skali całego systemu to po prostu nie jest dużo. W 2022 r. te osoby korzystały z usług publicznej ochrony zdrowia przede wszystkim w sytuacjach nagłych, kiedy naprawdę nie miały innego wyjścia – np. z SOR-ów czy krótkotrwałej opieki. W 2023 r. model ten się zmienił. Ukraińscy uchodźcy zaczęli częściej korzystać z opieki lekarzy pierwszego kontaktu czy opieki dentystycznej, czyli podobnie jak inni mieszkańcy kraju.
Czytaj więcej
Narodowy Fundusz Zdrowia „zarabia” rocznie ponad 1,5 mld zł z tytułu leczenia obywateli Ukrainy. Koszty świadczeń medycznych dla osób pracujących i...
Trzeba też pamiętać, że w 2022 r. mówimy o ogromnej liczbie osób, które wcale nie zostały w Polsce, prawda?
Tak. Do końca 2022 r. granicę przekroczyło około 8 mln osób i bardzo znaczna większość z nich w ogóle nie korzystała z polskiego systemu ochrony zdrowia. Część tylko przez Polskę przejeżdżała. Oczywiście były też osoby, które korzystały z systemu bardzo intensywnie. Zdarzały się przeszczepy, leczenie onkologiczne czy inne kosztowne świadczenia.
Kolejnym wyzwaniem były różnice w sytuacji zdrowotnej, m.in. niższy poziom wyszczepienia w Ukrainie. Czy polski system był przygotowany na te dodatkowe potrzeby?
Na to trzeba spojrzeć w konkretnych dziedzinach i rodzajach usług, więc nie mogę powiedzieć tego bardzo ogólnie. Taką smutną prawdą było na przykład to, że przyjechało dużo osób wymagających dializ. W Polsce mieliśmy wtedy miejsca dla takich pacjentów między innymi dlatego, że wiele osób, które wcześniej korzystały z tego leczenia, zmarło podczas COVID-19. Jeśli chodzi o różnego rodzaju choroby, lekarze, z którymi rozmawialiśmy, wskazywali natomiast na inny problem. Często przyjeżdżający do nas Ukraińcy byli w zaawansowanych stadiach chorób, w tym chorób nowotworowych. Ich leczenie było więc bardziej skomplikowane oraz drogie. Pojawiały się głosy, że gdyby wcześniej znalazły się w systemie, choroba zostałaby wykryta albo opanowana na wcześniejszym etapie.
Jednym z najważniejszych wniosków z państwa badania jest to, że polski system zdrowotny miał zdolność adaptacji, ale nie miał zdolności transformacyjnej. Co dokładnie oznaczają te dwa pojęcia?
Zdolność adaptacyjna oznacza, że system potrafił szybko się dostosować. Udało się zaoferować opiekę zdrowotną osobom przyjezdnym i jednocześnie nie pogorszyć w sposób ewidentny standardu opieki dla dotychczasowych pacjentów. Jeśli chodzi o zdolność transformacyjną, to jest to zdolność do trwałej zmiany systemu, która obecnie się dzieje, czyli dostosowanie do nowych warunków. Jeśli mamy teraz doświadczenie we wprowadzaniu cudzoziemskich lekarzy, pielęgniarek i innych pracowników do systemu, to wiemy już, jak to działa. Wiemy, jakie kursy, na przykład języka medycznego, są potrzebne i w jakiej skali, więc powinniśmy to robić. To się dzieje powoli i moim zdaniem w zbyt małym stopniu.
Czyli dobrym przykładem adaptacji są lekarze z Ukrainy?
Tak. Weszli oni do systemu dzięki różnym ułatwieniom, między innymi zwolnieniu z wymogu znajomości języka polskiego. Z jednej strony przyniosło to szybko korzyści – przede wszystkim można było porozumieć się z ukraińskimi pacjentami. Z drugiej pojawiły się trudności, o których mówili sami medycy. Dokumentacja medyczna musi być prowadzona po polsku, a komunikacja między zespołami lekarzy również odbywa się po polsku. Jeśli ktoś nie zna języka, musi być pod opieką innego pracownika, który pomaga w tłumaczeniu.
Czytaj więcej
Od 1 maja wygasiliśmy warunkowe prawo wykonywania zawodu 146 lekarzom spoza UE. Jeżeli ktoś nie umie mówić po polsku, nie powinien pracować w Polsc...
Czy Polska potrafi wykorzystać to doświadczenie, żeby trwale zmienić swój rynek pracy lekarzy?
To jest właśnie kwestia zdolności transformacyjnej. Polska była krajem, z którego lekarze często emigrowali, a prawie nigdy nie imigrowali. W czasie COVID-19 wprowadzono przepisy ułatwiające nostryfikację dyplomów i znoszące wymóg językowy jako rozwiązanie awaryjne. Wówczas cudzoziemscy lekarze stanowili niecały proc. wszystkich medyków. Teraz ich udział wzrósł do około 4 proc. To nadal, w porównaniu z bogatymi krajami Zachodu, bardzo mało. Ja bym wręcz zaryzykowała stwierdzenie, że Polska powinna bardziej o nich zabiegać.
Nie tylko o lekarzy, którzy przyjeżdżają z zagranicy, ale także o tych, których sami kształcimy?
Oczywiście. Polska kształci bardzo wielu cudzoziemskich lekarzy, ponieważ wiele szkół medycznych ma programy studiów po angielsku. Części z nich, szczególnie Skandynawów, pewnie nie da się przekonać, żeby zostali w Polsce, ale są też osoby z Indii, Tajwanu, Bliskiego Wschodu czy Ameryki Północnej, w tym osoby o polskich korzeniach, które potencjalnie mogłyby zasilić nasz system zdrowotny. Mam jednak wrażenie, że obecny system kształcenia im tego nie ułatwia, a rządzący nic z tym nie robią.
Co to znaczy?
Po pierwsze, cudzoziemcy mają organizowane lekcje języka polskiego, ale z tego, co mówią, są one na bardzo słabym poziomie. Kończąc studia, często nie znają więc polskiego na tyle, żeby pracować w polskim szpitalu. Po drugie, administracja również o nich nie zabiega. To są ci sami ludzie, którzy, jak słyszymy, czekają na karty pobytu. Studenci medycyny też na nie czekają. Więc jakie jest przesłanie? Że są mile widziani? Nie wydaje mi się. Nie zabiegamy o nich, a powinniśmy, bo nadal mamy braki w pewnych sektorach, szczególnie poza dużymi miastami.
Ale np. lekarzy z Ukrainy są również potrzebni w swoim kraju, gdzie trwa wojna.
To jest moralnie dwuznaczne. Ukraina tych lekarzy potrzebuje teraz jeszcze bardziej niż wcześniej. Dlatego pytanie, czy powinniśmy zabiegać akurat o lekarzy z tego kierunku jest zasadne. Byłoby to korzystne dla nas, ale ewidentnie niekorzystne dla Ukrainy. To też jest ciekawy aspekt zarządzania kadrami w systemie ochrony zdrowia.
Czy polski system poradziłby sobie równie dobrze, gdyby doszło do kolejnej tak dużej fali migracji?
Nie uważam, że jakikolwiek kraj może być przygotowany na przyjazd paru milionów osób. Nie można mieć w systemie ochrony zdrowia tyle wolnych miejsc i takiej nadwyżki możliwości. Nie żądam więc ani nie sugeruję, że powinniśmy być przygotowani na drugą taką sytuację.
Skąd więc ostrożność w wynikach badań, że drugi raz mogłoby się nie udać?
W znacznym stopniu chodziło o atmosferę społeczną. Była ona niezbędnym elementem wsparcia systemu ochrony zdrowia w 2022 i 2023 r. Dzisiaj, widząc to, co dzieje się w mediach społecznościowych i narrację niektórych polityków, trudno mi sobie wyobrazić, żeby taka mobilizacja pracowników ochrony zdrowia do pracy ponad wymiar, a także całego społeczeństwa, znów miała miejsce. Natomiast pewne lekcje możemy z tego doświadczenia wyciągnąć. W miarę naszych możliwości finansowych powinniśmy czynić system ochrony zdrowia bardziej odpornym. Nie przygotujemy się na przyjazd kilku milionów osób, ale możemy sprawić, żeby system był silniejszy, miał więcej kadr i lepiej radził sobie z nagłymi kryzysami.
Doktor politologii, adiunkt w Ośrodku Badań nad Migracjami UW. Politolożka i badaczka migracji, a wcześniej przez wiele lat dziennikarka. Współautorka badania „The Resilience of the Polish Healthcare System after the Arrival of War Refugees from Ukraine” wraz z Emilią Szyszkowską, Sarą Bojarczuk, Kamilem Matuszczykiem i Maciejem Duszczykiem