Pani ojciec i pana dziadek był jednym z nielicznych Żydów, którym udało się przeżyć mord w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Co o tamtych czasach mówił najbliższym?
Dobrze pamiętam, jak ojciec budził się z krzykiem w środku nocy. Byłam wtedy małą dziewczynką, urodziłam się w 1961 r. na Kubie jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Pytałam ojca, co się stało. Ale on bardzo długo nic nie mówił. Starał się nas chronić przed tymi koszmarami. Nie chciał, aby kolejne pokolenia były dotknięte Holokaustem. Podobnie, jak moja mama, która też była ocalałą z Holokaustu, tylko z Drohiczyna.
Tata otworzył się dopiero, kiedy miałam 12 lat. Mówił mi, jak śniło mu się, że znowu go biją drągami, zabijają na jego oczach rabina Jedwabnego czy rzeźnika, który przyrządzał koszerne mięso. Ale najczęściej powtarzał się w jego koszmarach obraz tego, co słyszał i czuł, gdy ukrył się w kirkucie nieopodal stodoły, w której spalono jedwabieńskich Żydów. To był przeszywający krzyk palonych żywcem, umierających. Przez wiele godzin. A potem nagle cisza. I taki szczególny, penetrujący odór spalonych, ludzkich ciał. A on nie mógł nic z tym zrobić. Musiał czekać ukryty za jedną z macew, aby przeżyć. Do końca życia nie wyzwolił się z tego wspomnienia.
Jak to wszystko się zaczęło?
Przed wojną Polska to była dla mojego ojca jego kraj, jego ojczyzna, jego miejsce na Ziemi. W naszej rodzinie nie mówiono o wyjeździe do Izraela. Mój dziadek nauczył mojego ojca przywiązania do roli: miał pole, na którym uprawiał zboża. W szczególności pod koniec życia często do tego wracał. Do tego, że Jedwabne nauczyło go przywiązania do ziemi. Razem z dwoma braćmi tu się urodził, to było jego miejsce.
Już wiele lat po wojnie raz wrócił do Jedwabnego z moimi dwoma braćmi i jego wnuczką. Nagrali wtedy z tego film. Widać na nim, jak nagle wstąpiła w niego niezwykła energia. Chodził po miasteczku i z wielkim przejęciem pokazywał, gdzie co było. Czuło się, że znów na chwilę odnalazł swoje miejsce, swoją ziemię. Wspominał, jak ze swoim tatą chodził tu coś kupić, tam kogoś odwiedzić. A przecież to było miejsce, gdzie stracił wszystkich najbliższych.
Czytaj więcej
85 lat temu w Jedwabnem doszło do zbrodni, która została dokonana polskimi rękami. W tę rocznicę w tym miejscu najgłośniejsi będą negacjoniści.
To była rodzina ortodoksyjna, bardzo przywiązana do religii?
Jego tata i mama wszczepili mu bardzo głęboką wiarę. Przestrzegano szabatu, wszystkich zasad religijnych. Często chodzili do synagogi. Na co dzień mówił w jidisz i po polsku, ale modlił się po hebrajsku. W życiu przeszedł przez rzeczy straszne. Na jego oczach kobiety rzucały się do studni, byle nie widzieć, jak mordują ich dzieci.
A jednak nigdy nie stracił wiary w Boga, w to, że przyjdzie mu z pomocą, że go ochroni. Rozmawiałem z dziećmi innych ocalałych z Holokaustu. Mówili mi, że ich rodzice po tym, co przeszli, stracili wiarę w Najwyższego. Stali się ateistami. Ale mój ojciec nie. To zawsze robiło na mnie wielkie wrażenie.
Jak wyglądały relacje z Polakami przed wojną?
Jedwabne to było malutkie miasteczko, w którym wszystko było zmieszane. Mój ojciec miał polskich kolegów, można powiedzieć przyjaciół. Chodzili do jednej szkoły.
Przez niemal dwa lata, między wrześniem 1939 r. a czerwcem 1941 r. Jedwabne znalazło się pod okupacją sowiecką. Co mówił o tym okresie Szmul Wasersztajn?
Nie pamiętam, aby wracał do tego okresu. Kiedy przyszli Niemcy, miał 17 lat, jego młodszy brat 15.
Ze śledztwa IPN wynika, że w dniach poprzedzających mord w Jedwabnem Niemcy mieli tu tylko kilku policjantów. To było zaledwie kilkanaście dni po rozpoczęciu Operacji Barbarossa, więc kontrola III Rzeszy nad tymi terenami była jeszcze bardzo luźna. Czytamy, że pojawiła się też niewielka grupa gestapowców. Zebrali na rynku polską ludność i zachęcali do „rozprawienia się” z Żydami. Mieli gotowy scenariusz: trzy dni wcześniej Polacy spalili żywcem w stodole swoich żydowskich sąsiadów w sąsiednim Radziłowie.
Ojciec wspominał, że Niemcy zalecali, aby zachować przy życiu po jednym Żydzie z każdej profesji: rzeźnika, krawca. Tak, aby ta lokalna gospodarka mogła nadal się kręcić. Ale Polacy odpowiedzieli, że sami wiedzą, jak to załatwić. Zapewnili, że nikogo nie trzeba oszczędzać, bo oni mają wszystkich potrzebnych fachowców. To był początek Czarnego Czwartku. Ludzie uzbrojeni w drągi chodzili od domu do domu i wyciągali stamtąd Żydów.
To nie byli tylko Polacy z Jedwabnego, ale też z sąsiednich miejscowości. Ojciec wspomniał, jak jego polscy sąsiedzi, jego koledzy, wskazywali domy, gdzie mieszkali Żydzi. Nie było zresztą trudno je rozpoznać, bo przy drzwiach miały mezuzy. Zaczęli od wyciągania kobiet. Był wielki krzyk, tumult. Wzięli także moją babcię. Na początku nie wiadomo było, gdzie ich prowadzą. Pędzili ich na ciężarówki. Niektóre zabijali od razu. Pozostałe ściągali na rynek. Potem przyszła kolej na mężczyzn. Przez wiele godzin byli upokarzani na rynku.
Czytaj więcej
Mord w Jedwabnem nie oznacza, że Polska nie przeszła przez straszliwe cierpienia w trakcie II wojny światowej a tysiące Polaków pomagało ratować Ży...
Co się stało z pani tatą?
W pewnym momencie jeden z jego polskich przyjaciół zobaczył tatę i jego brata i zaczął krzyczeć, że trzeba ich zagonić tam, gdzie znajdowała się grupa najbardziej brutalnych Polaków. Ale on zaczął go przekonywać, żeby nierobił mu krzywdy. Wywiązała się dyskusja. Był taki moment nieuwagi, który tata i jego brat wykorzystali. Zdołali uciec, on w jedną stronę, jego brat w drugą.
Ojciec miał więcej szczęścia, bo pobiegł w kierunku kirkutu, gdzie mógł się schować. To z tego miejsca był świadkiem spalenia żywcem setek Żydów w stodole. Jego brat został zabity. Podobnie, jak rodzice. Przeżyło poza nim jeszcze siedmiu Żydów z Jedwabnego i okolic.
Gdy już ludzie się rozeszli, pani ojciec wydostał się z kirkutu i poszedł do odległej o cztery kilometry wioski Janczewko. Tam swoje gospodarstwo mieli Aleksander i Antonina Wyrzykowscy. W Jedwabnem tylu Polaków obróciło się przeciw swoim żydowskim sąsiadom, przemieniło się w ich katów. Dlaczego Szmul Wasersztajn zaufał akurat tej polskiej rodzinie?
A co można w takiej sytuacji zrobić? Nie masz innego wyjścia. Albo ryzykujesz, albo umierasz. Tu zaczyna się złożona część historii. Bo w tych strasznych okolicznościach są tacy, którzy mordują, nie mają żadnych zahamowań, bo widzą, że są bezkarni. Ale są też tacy, którzy mówią: nie, muszę pozostać człowiekiem. Muszę stawić opór złu. Taka właśnie była Antosia. Powiedziała tacie: możesz tu pozostać, ale musisz nosić krzyżyk. Tak aby nie podejrzewano, kim jesteś.
Tata ściągnął tu także tych siedmiu ocalałych Żydów. Tyle, że to wszystko są bardzo małe społeczności, ludzie się znają. I mąż Antosi uznał, że nie mogą tu dłużej zostać, że to zbyt ryzykowne. Tata poprosił go wtedy o ostatnią szansę. Powiedział: pójdziemy sobie jeszcze tej nocy, jeśli nas znajdziesz na terenie swojego gospodarstwa. Aleksander się roześmiał: przecież ja je znam, jak własną kieszeń. Ale tata znalazł takie miejsce pod podłogą stodoły, gdzie konie zostawiają swoje odchody. I gospodarz go nie znalazł. Tam chronili się przez kilkadziesiąt miesięcy, do końca wojny. Odwiedziłem dziś to miejsce. Poruszyło mnie to nie mniej, niż Jedwabne, bo to właśnie temu miejscu nasza rodzina zawdzięcza życie.
W nocy Antosia przynosiła im pożywienie. To wzbudzało w Jedwabnem wiele podejrzeń, bo nikt nie rozumiał, po co kupuje w miasteczku tyle dla w końcu niezbyt dużej rodziny. Po wojnie ludzie z Jedwabnego przyszli zresztą do niej i powiedzieli: wiemy, że ukrywałaś Żydów. Pobili ją, niemal straciła oko. Po wojnie musiała się stąd wyprowadzić.
Czytaj więcej
Ćwierć wieku od ujawnienia prawdy o zbrodni na polskich Żydach w Jedwabnem miejsce to zawłaszczyli narodowcy. Słychać było strzały i opowieści o zd...
Szmul Wasersztajn czuł szczególną odpowiedzialność za to, aby prawda o mordzie jego rodziny, Żydów z Jedwabnego nie zaginęła?
Powtarzał nam: człowiek jest śmiertelny, ale jego głos może być nieśmiertelny, jeśli zostanie zapisany. Zapewniał: nikt mnie nie uciszy. Miał całe życie bardzo twardy charakter. Tuż po wojnie złożył w Białymstoku zeznania o mordzie w Jedwabnem. Wiele lat później napisał pamiętnik. To była tak straszna prawda, że Jan Gross zwlekał kilka lat po przeczytaniu tej relacji, zanim zdecydował się napisać swoją książkę „Sąsiedzi”.
Oficjalnym obchodom rocznicy w Jedwabnem niestety towarzyszyły bardzo hałaśliwe wybryki środowisk negacjonistów związanych głównie z Grzegorzem Braunem. Jaki obraz Polski państwo z tego wynoszą?
To jest pytanie fundamentalne: jakie wnioski wyciągamy z tej tragedii, w jakim kierunku będziemy podążać? Moja mama jest tu pierwszy raz, ale ja już byłem. Oprowadzał mnie wtedy po Jedwabnem Kamil, woluntariusz w Białymstoku, który opiekuje się tym miejscem, ścina trawę w kirkucie. I na koniec powiedział mi: czuję się, jakbyś był moim bratem. Rzuciliśmy się sobie w ramiona.
Czytaj więcej
Deszcz uniemożliwił antysemitom zakłócenie obchodów rocznicy mordu w Jedwabnem. Tego samego dnia do awantury doszło podczas tzw. miesięcznicy smole...
Ćwierć wieku temu prezydent Kwaśniewski przeprosił za mord dokonany na Żydach przez Polaków. Przebaczasz w sercu Polsce?
W trakcie obchodów ktoś mi zadał to pytanie. A ja mu powiedziałem, że nie potrzebuję przeprosin. Łączy nas wspólna historia i naszym wspólnym obowiązkiem moralnym jest powiedzieć o niej całą prawdę, nie dać zapomnieć. Na tej uroczystości zjawiło się bardzo dużo osób. Przyjął nas minister sprawiedliwości, byli przedstawiciele rządu, prezydenta, parlamentu. Wielu ambasadorów, także Rwandy, Irlandii.
To wszystko bardzo nas podbudowało, czuliśmy, że nie jesteśmy z tym sami. Ale szczególna rzecz zdarzyła się już pod koniec uroczystości. Podeszła do mnie starsza kobieta, w moim wieku. Maria. Myślę, że została posłana przez Boga. Powiedziała mi, że jej ojciec miał działkę sąsiadującą ze stodołą, gdzie spalono Żydów. Miała łzy w oczach. Rzuciłyśmy się sobie w ramiona. I zaczęłyśmy płakać razem.