Z ustaleń śledztwa prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej wynika, że polscy mieszkańcy miasteczka – co najmniej 40 mężczyzn – zamordowali nie mniej niż 340 żydowskich sąsiadów. Ofiary, w tym kobiety i dzieci, zostały wcześniej zagnane na rynek, gdzie zmuszono je do upokarzających prac fizycznych, a następnie zamknięto w stodole, oblano naftą i spalono żywcem. Niemcy ponoszą odpowiedzialność sensu largo – jako inspiratorzy, którzy dali przyzwolenie na dokonanie tej zbrodni i zapewnili bezkarność sprawcom, którymi byli Polacy.

Tak brzmi konkluzja prokuratora pionu śledczego białostockiego oddziału IPN Radosława Ignatiewa z 2003 r., poparta zebranym materiałem dowodowym, zeznaniami świadków i wynikami badań archeologicznych – w tym także balistycznych znalezionych w miejscowości łusek. Śledczy ujawnili dwie zbiorowe mogiły kryjące szczątki 300-400 osób.

Jakich argumentów używają zwolennicy spisu w Jedwabnem

Pomimo ustaleń prokuratora, od lat w polskiej debacie publicznej obecne jest tak zwane „kłamstwo jedwabieńskie”, czyli negacja lub minimalizowanie tej zbrodni. W środowiskach narodowych żywa jest teza, że „sprawcami byli Niemcy”, a „Polacy zostali tylko do niej zmuszeni” oraz że „Gross i IPN kłamią”.

Niewątpliwie kilka lat temu wzmocniły je słowa wiceprezesa IPN Krzysztofa Szwagrzyka o potrzebie wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Podbił to ówczesny poseł Jacek Żalek – wówczas wiceprezes PiS, który stwierdził, że Żydów w Jedwabnem zamordowali Niemcy, a ustalenia IPN opierają się na „niewiarygodnych zeznaniach”. Emocje wciąż kipią, co będzie widoczne w piątek w czasie kolejnej rocznicy tej zbrodni.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Spirala historycznych konfliktów się nakręca. Możemy utknąć

Zwolennicy rewizjonistycznej narracji, aktywni zwłaszcza po publikacji książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” i śledztwie IPN, budują argumentację opartą na kilku powtarzających się tezach i wskazują wyłącznie na niemiecką sprawczość. Według tej wersji akcję zorganizowało i wykonało Gestapo lub żandarmeria, a Polacy mieli być co najwyżej biernymi świadkami, zmuszonymi „pod bronią” do udziału w zbrodni. Podkreślana jest obecność w Jedwabnem niemieckich jednostek, przymus, a także znalezione w pobliżu miejsca zbrodni łuski.

Nie ma znaczenia to, że badania balistyczne wskazały jednoznacznie, iż „pod stodołą w Jedwabnem, 10 lipca 1941 r. nie oddawano strzałów z broni palnej”. Biegli wyjaśnili, że część znalezionych na pobliskich polach łusek produkcji rosyjskiej i niemieckiej pochodziła z I wojny światowej, zaś inne zostały odstrzelone z karabinu maszynowego MG 42, co wyklucza ich związek ze sprawą zbrodni z 1941 r. Broń ta została przyjęta na uzbrojenie w 1942 r. Biegli wskazali w tym kontekście na działania wojenne prowadzone na tym terenie w 1945 r.

Negacjonizm wynika też z błędnych ustaleń Grossa, który zawyżył liczbę ofiar. Napisał on, że w lipcu 1941 r. zamordowanych zostało 1600 osób. Jego przeciwnicy wskazują na przerwane badania archeologiczne z 2001 r. i twierdzą, że ofiar było znacznie mniej niż wskazuje IPN. Brak pełnej ekshumacji staje się koronnym argumentem: „skoro nie wykopano wszystkich, to nie wiemy, ilu naprawdę zginęło i kto ich zabił”.

Warto przypomnieć, że ekshumacje zostały wstrzymane, bowiem wzięto pod uwagę zdanie obecnych w Jedwabnem, w czasie prac archeologicznych, rabinów. Decyzję w tej sprawie podjął ówczesny prokurator generalny i minister sprawiedliwości prof. Lech Kaczyński. To zresztą wywołało protest członków ekipy archeologiczno-antropologicznej i medyków sądowych.

Jak usprawiedliwia się zbrodnię w Jedwabnem

Rewizjoniści wskazują, że zeznania świadków zbrodni są niewiarygodne, bo zostały wymuszone torturami UB. W ten sposób podważają kluczowe źródło, czyli zeznanie Szmula Wasersztajna oraz wyniki procesu z końca lat 40. XX wieku sprawców zbrodni. Siedmiu oskarżonych – mieszkańców Jedwabnego – skarżyło się na bicie. Prokurator IPN, opierając się m.in. na opinii prof. Andrzeja Rzeplińskiego, uznał, że brutalność śledztwa nie wpłynęła jednak na wymuszenie fałszywych zeznań co do istoty zdarzeń, ale dla negacjonistów pozostaje to dowodem na „antypolską zmowę”.

Ich zdaniem Żydzi z Jedwabnego i okolic mieli masowo współpracować z Sowietami w latach 1939-1941, gdy ziemie te były okupowane przez Armię Czerwoną. Mieli denuncjować Polaków, brać udział w represjach. Jak podkreślają, pogrom miał być „spontaniczną” reakcją na sowiecką okupację, a nie aktem czystki etnicznej.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Problemy z pamięcią. Wołyń i Jedwabne

Sama zaś narracja o Jedwabnem wynika z tzw. pedagogiki wstydu, która tworzy warunki do wymuszania reparacji, służy szantażowi moralnemu i „podważaniu narodowej narracji o byciu ofiarą niemieckiego nazizmu”. Ich zdaniem Gross miał manipulować źródłami, pomijać kontekst i realizować interes żydowski czy wręcz niemiecki, bo umniejsza zbrodnie dokonane przez funkcjonariuszy Rzeszy Niemieckiej. Takie argumenty są wzmacniane przez prawicowych publicystów, którzy 10 lipca stawią się w Jedwabnem.

Co wzmacnia kłamstwo historyczne

Sprawa budzi silne emocje. Negacjoniści nie mogą przyjąć, że grupa zwykłych Polaków była zdolna do bestialstwa. To rani ich głęboką narodową dumę i mit o polskim męczeństwie w czasie wojny. Łatwiej jest przenieść winę na Niemców lub szukać usprawiedliwienia w sowieckim terrorze.

Przerwana ekshumacja pogłębiła wątpliwości, a brak pełnego obrazu archeologicznego stał się pożywką dla teorii spiskowych. Jednak forsowanie ekshumacji niesie poważne ryzyko, bo na pewno zostanie oprotestowana przez środowiska żydowskie na całym świecie. To dlatego, że ich zdaniem wykonywanie takich czynności jest sprzeczne z zasadami judaizmu. Zgodnie z prawem żydowskim dusza jest nierozerwalnie związana z ciałem, naruszenie szczątków równa się niepokojeniu duszy zmarłego i oznacza brak szacunku. Słowem, ekshumacja byłaby profanacją.

Dziesięć lat temu naczelny rabin Polski Michael Schudrich stwierdził, że kwestionowanie winy sprawców w Jedwabnem „jest dla nas czymś równie bolesnym, jak dla Polaków kwestionowanie zbrodni katyńskiej”.

Sprawa Jedwabnego nie jest tylko sporem o fakty sprzed 85 lat. To spór o to, czy jesteśmy w stanie spojrzeć prawdzie w oczy – nawet najbardziej bolesnej. Oczywistym jest stwierdzenie, że każde kłamstwo historyczne pojawia się tam, gdzie poszukiwanie prawdy nie jest domknięte, ale w tym przypadku wynika to z ograniczenia wynikającego z religii żydowskiej.

Dzisiaj liczy się tylko godne upamiętnienie ofiar – bez kłamstw, manipulacji i niepotrzebnych emocji.