Można się skupiać na tym, że prezydent USA Donald Trump znów mówił o tym, że to Stany, a nie Dania, powinny zarządzać Grenlandią. Albo na jego wywodach o tym, że sojusznicy zawiedli go w sprawie Iranu, gdy nie pomogli podczas amerykańsko-izraelskiego ataku na ten kraj. Albo o tym, że może wycofać z Europy wszystkie wojska amerykańskie. Ale to już słyszeliśmy. Nawet do tego przywykliśmy. Stąd pojawiła się w Europie nowa, nieoficjalna funkcja, czyli „zaklinacz Trumpa”. Czasem pełni ją prezydent Finlandii Alexander Stubb, czasem sekretarz generalny Sojuszu Mark Rutte, który stara się przekonać Trumpa, że dzięki niemu wydatki na obronność innych sojuszników faktycznie wzrosły.

Czytaj więcej

Spójność NATO powinna zostać zachowana na szczycie w Ankarze

To Donald Trump realnie wpłynął na zwiększenie wydatków na obronność przez kraje NATO

Co kluczowe, to jest prawda. Większe przyspieszenie wydatków na obronność państw NATO nastąpiło po tym, gdy Donald Trump po raz drugi wprowadził się do Białego Domu, niż wtedy, gdy Rosja najechała Ukrainę. Prawdą jest też to, że wiele krajów, szczególnie z południa Europy, jak np. Hiszpania czy Portugalia, robią wciąż zbyt mało. Nic nie zapowiada, by spełniły zobowiązanie z ubiegłorocznego szczytu Sojuszu w Hadze, by w 2035 r. wydawać na obronność 3,5 proc. PKB, a kolejne 1,5 proc. na inwestycje infrastrukturalne, które ją wzmocnią.

I choć NATO w pewnym sensie nauczyło się obsługi kontrowersyjnego dżentelmena z Waszyngtonu, to kluczowym problemem pozostaje czas. Jasnym dla wszystkich jest to, że USA zmniejszą w najbliższym czasie swoją obecność na naszym kontynencie. To nie jest kaprys starszego pana, ale zmiana strategii globalnego mocarstwa. Pytaniem otwartym pozostaje to, czy sojusznicy w Europie zdążą zbudować własne zdolności, zanim Amerykanie je wycofają. Chodzi m.in. o rozpoznanie, możliwości dalekiego uderzenia czy transport lotniczy. Na szczycie w Ankarze doszło do ogłoszenia kilku ciekawych inicjatyw, m.in. kolektywnego zakupu samolotów transportowych A400M, ale ich dostawy zajmą lata.

Prezydent USA ma rację. Sojusznicy w Europie muszą robić więcej

Dlatego w scenariuszach na najbliższe lata warto brać pod uwagę, że zanim Europa zbuduje własne zdolności do odstraszania przeciwnika, czyli Federacji Rosyjskiej, dojdzie do momentu, w którym amerykańskich zdolności już tu nie będzie, a europejskich jeszcze nie będzie. To może być okienko możliwości dla działań Rosji. By trwało jak najkrócej, sojusznicy w Europie powinni robić szybciej i więcej. Trump ma rację.

Na marginesie można zauważyć, że w tym kontekście Polska faktycznie wytycza drogę – my już od kilku lat skokowo zwiększamy wydatki na obronność, a teraz zaczyna to powoli przynosić efekty w postaci m.in. dostaw kolejnych czołgów, samolotów czy zestawów artylerii. Nasza dyplomacja powinna robić wszystko, by do takich działań zachęcić także innych sojuszników.