Wzorem ubiegłych lat środowisko Grzegorza Brauna w 85. rocznicę mordu w Jedwabnem dokonanego na Żydach przez inspirowanych Niemcami Polaków zorganizowało własną, konkurencyjną wobec oficjalnych obchodów uroczystość Kontrowersyjny europoseł wraz z sympatykami „Najwyższego Czasu” – periodyku szerzącego antysemickie i niezgodne z prawdą historyczną treści kilka minut po jedenastej odsłonił tablicę zainstalowaną na działce należącej do powiązanej z nim fundacji. O zbrodnie na Polakach oskarżono na niej niemiecki nazizm oraz „rosyjsko-żydowski sowietyzm”.
Niespełna godzinę później, kilkaset metrów dalej, rozpoczęła się modlitwa w intencji zamordowanych przez Polaków Żydów prowadzona przez naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha. W uroczystości zorganizowanej przez warszawską gminę żydowską wzięli udział m.in. marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty oraz marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska, a także były minister sprawiedliwości Adam Bodnar.
Czytaj więcej
AFD w Niemczech i Grzegorz Braun w Polsce to nie jest już margines polityczny. To daje poważne powody do obaw i mobilizowania środowisk demokratycz...
Zakłócanie obchodów ku czci zmarłych
Z relacji świadków wynika, że choć ze strony „konkurencyjnego zgromadzenia” Brauna dobiegały pewne odgłosy, to intensywne opady deszczu skutecznie uniemożliwiły im zakłócenie modlitwy za pomordowanych. Jednak zapewne gdyby nie pogoda, to działania zwolenników Konfederacji Korony Polskiej, podobnie jak to miało miejsce w ubiegłym roku, odniosłyby zamierzony skutek.
Tego samego dnia, na placu Piłsudskiego w Warszawie Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości, jak co miesiąc, chciał złożyć kwiaty pod pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej oraz zmarłego w niej prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zamiast tego doszło do przepychanki między politykami PiS-u, policją oraz wrogo nastawionymi do idei miesięcznicy smoleńskiej członkami Komitetu Obrony Demokracji.
Czytaj więcej
W uroczystościach rocznicowych w Jedwabnem wezmą udział przedstawiciele społeczności żydowskiej i politycy. Będą też negacjoniści, który podważają...
„Rzeczpospolita” zapytała prawników, czy gorszących scen można było uniknąć, zabezpieczając się prawnie. Nasi rozmówcy wskazują, że problem zbiegu dwóch konstytucyjnych, a w opisanych wyżej przypadkach również opozycyjnych wobec siebie, wolności (prawa do zgromadzeń oraz głoszenia własnych poglądów) wydaje się nierozwiązywalny.
– Organizatorzy prawidłowo zgłoszonego zgromadzenia publicznego mają prawo do jego spokojnego odbycia. Wynika to z ustawy zasadniczej. Zakłócanie zgromadzenia jest wykroczeniem. Z drugiej strony mamy jednak chronioną Konstytucją wolność protestowania i manifestowania. Istnieją zatem przepisy, które teoretycznie pozwalają karać za przeszkadzanie w zgromadzeniu, pytanie brzmi, czy powinno się je egzekwować, mając na uwadze konieczność pogodzenia dwóch stojących wobec siebie w opozycji wartości konstytucyjnych? Prawo nie daje na to jasnej odpowiedzi – mówi dr Cezary Kąkol, autor komentarza do ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych, wykładowca Uniwersytetu Zielonogórskiego.
Ściganie hałasującego sąsiada
W Jedwabnym sytuacja jest szczególna. Z medialnych ustaleń wynika, że powiązana z Grzegorzem Braunem fundacja nabyła działkę sąsiadującą z monumentem poświęconym pamięci zamordowanych Żydów. Teoretycznie więc zastosowanie mogłyby znaleźć przepisy chroniące sąsiadów tej nieruchomości przed hałasem, o ile oczywiście antysemickie happeningi byłyby prowadzone wystarczająco głośno.
Piotr Jarzyński, wiceprzewodniczący Komitetu ds. Nieruchomości Krajowej Izby Gospodarczej, wspólnik w Kancelarii Prawnej Jarzyński & Wspólnicy wskazuje, że prawo daje narzędzia do walki z hałasem emitowanym przez sąsiada. Służy do tego art. 144 k.c., który stanowi, że właściciel nieruchomości powinien przy wykonywaniu swego prawa powstrzymywać się od działań, które by zakłócały korzystanie z nieruchomości sąsiednich ponad przeciętną miarę, wynikającą ze społeczno-gospodarczego przeznaczenia nieruchomości i stosunków miejscowych.
Czytaj więcej
85 lat temu w Jedwabnem doszło do zbrodni, która została dokonana polskimi rękami. W tę rocznicę w tym miejscu najgłośniejsi będą negacjoniści.
– Istotne jest jednak to, że roszczeń może dochodzić właściciel sąsiedniej działki, w stosunku do tej, z której emitowany jest hałas. Przepisy chronią konkretnie sąsiadów i to właśnie im, a nie organizatorom zgromadzeń albo instytucjom publicznym, przyznają prawo do dochodzenia roszczeń na podstawie ww. przepisu – wyjaśnia Jarzyński.
Dodaje, że przepis k.c. nie znajdzie jednak raczej zastosowania do sytuacji incydentalnej. – Jeśli do głośnego happeningu dochodzi raz w roku, to szanse na skuteczne dochodzenie roszczeń są niewielkie. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, należy zmierzyć hałas. Sąd musi zlecić pomiary. W przypadku np. dyskotek, zdarza się, że ich właściciele na czas kontroli ściszają muzykę. To zabawa w kotka i myszkę. Po drugie, zakłócenie spokoju sąsiadów musi się regularnie powtarzać. To samo tyczy się np. wydzielania nieprzyjemnych zapachów – wymienia.
Istnieją też systemowe metody do walki z hałasem. Ich wdrożenie musi być jednak uzasadnione: albo bliskością obszaru szczególnie cennego przyrodniczo, albo historycznie. W mieście oręż leży w rękach planistów.
– Przykładowo, w Poznaniu na obszarze Starego Miasta utworzono park kulturowy, a na jego terenie zakazano m.in. stosowania w ogródkach gastronomicznych głośników i odtwarzaczy muzyki, a także – poza zorganizowanymi imprezami – stosowania nagłośnienia – wskazuje Piotr Jarzyński.
Sąd musi zbadać intencję manifestanta
Zarówno w przypadku kontrmanifestacji smoleńskich, jak i antysemickich obchodów zwolenników Brauna kluczowe jest to, w jakim celu je zorganizowano.
– Zgromadzenia sąsiadujące można podzielić na te zgłoszone lub spontaniczne, korzystające z ochrony prawnej, oraz na działania ukierunkowane na zakłócenie tych legalnych, zgłoszonych zgromadzeń. W zależności od intensywności te drugie mogą zostać zakwalifikowane jako wykroczenie (art. 52 § 2 kodeksu wykroczeń), a w skrajnych wypadkach jako przestępstwo – mówi adwokat Marcin Wolny z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Według niego nawet jeśli zgromadzenie nie było zgłoszone, to zasadność karania jego uczestników powinna być oceniana z perspektywy standardów ochrony wolności słowa. Te zaś są szerokie. – Ochronie podlega zarówno treść, jak i forma protestu, a sam fakt wygłaszania kontrowersyjnych treści nie odbiera ochrony. Oczywiście bywa, że kontrmanifestacje czynią więcej szkody niż pożytku, ale generalnie ich uczestnicy korzystają z prawa do głoszenia poglądów – mówi mec. Wolny.
Czytaj więcej
Podczas obchodów miesięcznicy katastrofy smoleńskiej w Warszawie doszło do spięcia między politykami Prawa i Sprawiedliwości, usiłującymi złożyć kw...
Nasz rozmówca zastrzega, że jeśli nie ma emitowania hałasu non-stop, zabierania transparentów uczestnikom zgromadzenia, rozpraszania ich, odpalania rac, czyli działań, które skutecznie uniemożliwiają odbycie drugiego zgromadzenia, to kwalifikowanie tego typu działań jako wykroczenia byłoby nieuzasadnione. – Każdorazowo należy też wziąć pod uwagę cel działania sprawcy – czy jest nim głoszenie poglądów, czy też zakłócanie pierwotnego zgromadzenia sąsiedniego. W określonych sytuacjach może to być trudne do rozróżnienia – przyznaje.
Ważenie interesów demokratycznego państwa
Czy regulacje powinny się zmienić? Tego rodzaju postulaty pojawiają się regularnie przy okazji szczególnie bulwersujących incydentów. Zazwyczaj wysuwają je zwolennicy jednej ze stron politycznego sporu, zapominając, że w przypadku ich uchwalenia stałyby się one mieczem obosiecznym.
– Przepisy o karaniu zakłócających manifestacje są stosunkowo łagodne. Nie widzę jednak podstaw do ich zaostrzania. W przeszłości dochodziło przecież do prób ukarania tych, którzy w ramach sprzeciwu wobec miesięcznic smoleńskich powtarzali w kółko „Lech Kaczyński”. Karanie takich zachowań to bardzo dyskusyjna praktyka. Musimy bowiem wyważyć, co się bardziej opłaca demokratycznemu państwu. Może lepiej, że niektórych działań nie ścigamy, niż żebyśmy mieli ścigać nadmiernie. Bo wywołuje wtedy jakiś efekt mrożący, a to nie służy, co do zasady, demokratycznemu społeczeństwu – konkluduje Marcin Wolny.