Rydlewski zwraca uwagę, że samo pojęcie „kultury antynatalnej" jest dla antropologa kłopotliwe – kultura z definicji zakłada przekaz, a tu mielibyśmy wspólnotę rezygnującą z kontynuacji. Żadna wcześniejsza kultura, zauważa, nie odmawiała sobie potomstwa; dzieci były czymś oczywistym, poza refleksją. Za tą zmianą kryje się, jego zdaniem, założenie, że „dziś jest gorzej, niż było" – choć obiektywnie Europa żyje w czasach najlepszych od dekad. W deklaracji, że lepiej dzieci nie sprowadzać na świat, dostrzega możliwą formę ukrytego narcyzmu: gest pokazania własnej moralności „na najwyższych piętrach".

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Od obozu dla uchodźców do mundialu. Kiedy piłka jest ratunkiem

Inny człowiek jako zagrożenie

Chibner proponuje prostsze wyjaśnienie – niechęć do ponoszenia kosztów rodzicielstwa. Rydlewski osadza to w szerszej diagnozie: kultura ponowoczesna, definiowana przez hiperindywidualizm przeradzający się w narcyzm, traktuje drugiego człowieka jako zagrożenie – kogoś, kto „zabierze" czas, emocje, pieniądze. Myślimy w ramach relacji towarowej, a do tego dochodzi jeszcze potrzeba kontroli – zaprojektowania dziecka czy partnera tak, aby spełniał wszystkie nasze oczekiwania. Kiedy to się nie udaje – jesteśmy rozczarowani.

Czytaj więcej

Mamy podróbki zamiast polityków. Nie ma szczytu kompromitacji, którego nie przekroczą

„Coraz bardziej dzieciofobiczne społeczeństwo"

Za rozpadem sąsiedzkich i wielopokoleniowych wspólnot, które kiedyś dzieliły z rodzicami ciężar opieki nad dziećmi, idzie – zdaniem Rydlewskiego – rosnąca „dzieciofobia". Krzyk bawiących się dzieci, dawniej naturalny element osiedla, dziś bywa odbierany jako naruszenie komfortu i prywatności. Państwo zaś, jego zdaniem, traktuje dzieci jak zasób – „róbcie dzieci, bo emerytury, bo armia, bo migracja" – nie pytając o miłość rodziców. A dziecko poczęte „dla obronności" może okazać się dzieckiem niekochanym.

Czytaj więcej

Manosfera i „różowy radykalizm” zasługują na zdecydowaną odpowiedź

Koniec miłości?

Pod tymi wszystkimi czynnikami Rydlewski przeczuwa istnienie głębszego fundamentu problemu. Dziecko, mówi, bierze się z miłości – a być może to z miłością mamy dziś problem. Przywołuje Houellebecqa i świat „po końcu miłości": trudniej nam kochać drugiego człowieka niż siebie. Zamiast budować „społeczeństwo nienawiści", proponuje namysł nad kulturą miłości, bez której „nic się nie uda". Puentę stawia Chibner: rzeczywistość bywa szczęśliwsza niż internetowe kłótnie – wystarczy dostrzec wokół te rodziny, które istnieją i cieszą się zwykłym rodzinnym życiem.