Belgijski sąd nieprawomocnie orzekł, że Polska musi odebrać od koncernu farmaceutycznego 64 mln dawek preparatu i zapłacić za nie.
Ministerstwo Zdrowia zaznaczyło, że od nieprawomocnego wyroku Polsce przysługuje środek odwoławczy w postaci apelacji. „Polska zamierza skorzystać z wszelkich przysługujących jej środków prawnych w celu zmiany tego orzeczenia i obrony jej interesów” – poinformował resort. Konrad Korbiński, dyrektor generalny Ministerstwa Zdrowia, który koordynuje tę sprawę ze strony resortu, tłumaczył we wtorek, 2 kwietnia, że umowę zawarto w 2021 r., kiedy było już zakontraktowanych blisko 109 mln dawek szczepionki, a w magazynach było 30 mln niewykorzystanych dawek. – W tym momencie poprzedni rząd podjął decyzje o tym, żeby przystąpić do kolejnego zamówienia. Wolumen był olbrzymi – blisko 89 mln dawek łącznie na lata 2022–2024 – powiedział.
Były wiceminister zdrowia w rządzie PiS Janusz Cieszyński, odnosząc się do tego wyroku, stwierdził, że umowę na zakup szczepionek podpisała Ursula von der Leyen i Komisja Europejska, a nie Polska. – Nie mieliśmy żadnej możliwości, żeby negocjować jej warunki, bo harmonogram był bardzo napięty, a chodziło o zdrowie Polaków – stwierdził. „Umowy z Pfizerem były podpisywane na zasadzie »wszystko albo nic«. Tak, Polska mogła w maju 2021 r. powiedzieć, że wychodzi z mechanizmu wspólnych zakupów. Oznaczałoby to, że wypadamy z kolejki do najlepiej rokującej szczepionki za wszystkie inne kraje UE i jesteśmy w sytuacji, w której, kiedy skończą się dostawy (szczepionka była wtedy ważna sześć miesięcy), możemy zostać z niczym” – napisał na platformie X.
W radiowej Trójce do sprawy odniósł się też Michał Dworczyk. – Wówczas była taka sytuacja, że rzeczywiście, aby szczepionki jak najszybciej dotarły do Polaków (...) te zamówienia okazały się we wszystkich praktycznie krajach nadmiarowe – przekonywał. – Z częścią dostawców udało się zawrzeć porozumienie. Pfizer był jedyną firmą, która chciała po prostu wyrwać pieniądze, w ogóle nie podejmując negocjacji, dlatego sprawa została złożona jako doniesienie do Prokuratury Europejskiej – mówił.
Kto odpowiada za to, że Polska ma zapłacić 5,6 mld zł kary amerykańskiej firmie farmaceutycznej Pfizer? Umowę, której dotyczy przegrana właśnie sprawa przed belgijskim sądem, podpisano 20 maja 2021 r., gdy w Polsce rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Zawarła ją w imieniu państw członkowskich Komisja Europejska. Na jej mocy Unia zobowiązywała się do zakupu bardzo dużej liczby szczepionek przeciw COVID-19, zgodnie z wcześniej ustalonym podziałem na każde państwo.
Dlaczego Unia Europejska kupiła tak dużo szczepionek od Pfizera
Tzw. trzecia umowa ramowa przewidywała dostawę nawet 1,8 mld dawek dla 450 mln mieszkańców wszystkich krajów UE. Klara Klinger, redaktorka naczelna portalu Rynek Zdrowia, która od samego początku śledziła negocjacje prowadzone przez Komisję, przypomina, że to był prawdziwy wyścig z czasem – tak po stronie firm farmaceutycznych pracujących nad szczepionkami, jak i światowych mocarstw, chcących jak najszybciej dopiąć umowy, by zabezpieczyć potrzeby swoich obywateli.
Po stronie firm niewątpliwie wygranym wyścigu był Pfizer. – Opracował bardzo dobrą szczepionkę, która uchroniła wiele istnień ludzkich – mówi Klara Klinger w najnowszym odcinku „Rzecz w tym”, codziennego podcastu „Rzeczpospolitej”. A po drugiej stronie skutecznością wykazała się Unia, przygotowując – rękami Komisji i jej przewodniczącej Ursuli von der Leyen – olbrzymie zamówienie w imieniu wszystkich państw członkowskich, na czym skorzystały przede wszystkim mniejsze kraje europejskie, które w przeciwnym razie musiałyby długo czekać na dostawy szczepionek.
– Komisja Europejska uznała, że my jako Europa musimy być pierwsi, a wiadomo było, że kolejka po szczepionkę, której jeszcze nie ma, dopiero jest na liniach produkcyjnych, będzie bardzo długa i dla wielu jej zabraknie. To były pierwsze wspólne zakupy, zrobione naprawdę solidarnie przez wszystkie państwa Unii Europejskiej. Ale okazało się, że coś za coś. Pfizer postawił bardzo twarde warunki. Po pierwsze, musieliśmy zamówić bardzo dużą liczbę dawek, po drugie – przejąć część ryzyka finansowego za różnego rodzaju potencjalne powikłania, a po trzecie – zgodzić się na brak zapisu o możliwości odstąpienia od umowy – opowiada Klara Klinger.
Dlaczego Polska dołączyła do tzw. trzeciej umowy ramowej na zakup szczepionek, mimo że mieliśmy już pełne magazyny?
Ten brak możliwości odstąpienia od umowy okazał się kluczowy. W maju 2021 r. nikt nie wiedział, jak będzie się rozwijał wirus. Kiedy się wycofa? Kiedy będzie wszystko w porządku? Kiedy podaż szczepionek zacznie być mniejsza niż popyt?
Czytaj więcej
Sąd w Brukseli rozstrzygnął spór o zerwanie kontraktu na zakup szczepionek Pfizer. Jego skutki mogą kosztować Polskę nawet 6 mld zł. Rząd wskazuje...
Pierwsza umowa ramowa została wynegocjowana w listopadzie 2020 r. Od 27 grudnia, gdy w Polsce ruszyły szczepienia, do maja, gdy podpisywaliśmy trzecią umowę, właściwie niewiele się zmieniło. To był czas twardego lockdownu, zamkniętych szkół, a nawet lasów. Nie wiedzieliśmy, jak skuteczne będą szczepionki i czy będą zabezpieczać przed kolejnymi wariantami wirusa. W maju mieliśmy już zabezpieczone rezerwy w magazynach, ale nikt nie potrafił przewidzieć, jak będzie się kształtować zapotrzebowanie na nie.
– Dostaliśmy pięć dni na to, żeby odstąpić od umowy. Wszystkie państwa członkowskie, nie tylko Polska. Bardzo dobrze pamiętam te negocjacje i nieformalne rozmowy. Była duża presja ze strony Komisji, by nie było tzw. opt-outów, czyli by nikt się nie wycofywał. Bo to była jeszcze walka o to, żeby dostawy się nie opóźniały, a media były pełne doniesień o przesuwaniu ich terminów. Wiedzieliśmy, że zwiększamy ryzyko finansowe, bo aż tyle szczepionek może nie być nam potrzebnych, ale słyszeliśmy, że dzięki temu będziemy w uprzywilejowanej sytuacji i dostaniemy te szczepionki na czas – opowiada gościni podcastu „Rzecz w tym”.
Dziś widzimy jednak, że tych zamówionych w maju szczepionek już nie potrzebowaliśmy. Czy była szansa na to, żeby rząd Prawa i Sprawiedliwości wyłamał się z unijnej solidarności? – Jedynymi, którzy odstąpili od tej umowy, byli Węgrzy. Przypomnijmy, że Viktor Orbán chwalił się wtedy, że ma rosyjskiego Sputnika, ma chińskie szczepionki i inne, więc nie potrzebuje europejskiego zamówienia. Czy w tej sytuacji Polska mogła powiedzieć: to odstępujemy razem z Węgrami, ramię w ramię z Orbánem przeciwko Komisji Europejskiej? To była trudna decyzja – ocenia Klinger.
Dlaczego Polska nie odebrała zamówionych szczepionek, a inne państwa unijne jednak je odebrały?
Gdy w lutym 2022 r. Rosja rozpoczęła pełnowymiarową ofensywę na Ukrainie, Polska miała pełne magazyny szczepionek i już lepsze wyobrażenie o ich skuteczności oraz o tym, jak może dalej rozwijać się pandemia. Mateusz Morawiecki wraz z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim wysłali wówczas list do Ursuli von der Leyen, w którym przekonywali, że wojna u naszych granic jest siłą wyższą – Polska jest na linii frontowej, pomaga Ukraińcom, dużo musiała zainwestować, więc nie stać nas teraz na szczepionki, które i tak będziemy musieli od razu zutylizować. Pfizer jednak tej argumentacji nie uznał. – Dla nich umowa to umowa. To konkretne koszty, przychody, rozliczanie się na giełdzie, przed akcjonariuszami itd. To zrozumiałe, że nie mogli przystać na taką prośbę Polski – mówi gościni podcastu.
Już wówczas musieliśmy utylizować zalegające w magazynach kilkadziesiąt milionów dawek, którym kończyła się ważność. – Ale nie my jedni. W całej Unii Europejskiej wszystkie państwa masowo wyrzucały do śmietnika szczepionki. Jeśli dziś mielibyśmy karać kogoś za niegospodarność, to de facto powinien się odbyć zbiorowy proces wobec wszystkich państw unijnych – ocenia Klinger.
Czytaj więcej
Nowe, obszerne badanie przeprowadzone na ponad 3 milionach osób ujawniło, że szczepionki przypominające zmniejszyły ryzyko hospitalizacji i zgonu z...
Polska zachowała się jednak inaczej niż reszta krajów. Zamiast odebrać zamówione szczepionki, zapłacić Pfizerowi miliardy euro i po cichu zutylizować niepotrzebne dawki, podniosła alarm na unijnym forum. – Bardzo się upieraliśmy i podburzaliśmy inne państwa do protestu. Chcieliśmy boju z Pfizerem i częściowo z Komisją Europejską, która długo prezentowała bardzo twardą postawę, że umowa jest umową i już nic nie będziemy w niej zmieniać – mówi redaktorka naczelna Rynku Zdrowia. Co do tej umowy dziś też pojawiają się jednak różne zarzuty. – Dziś już mamy potwierdzone przez różne instytucje unijne, że KE zabrakło tu transparentności, bo nie ujawniono, jak wyglądały negocjacje nad tą umową, a były to negocjacje z samym prezesem Pfizera – dodaje Klinger. Czy wina więc leży po stronie KE? – Można znowu powiedzieć: coś za coś – dzięki temu udało się uratować wiele istnień ludzkich. Tutaj nie ma jednej prawdy.
Rząd Mateusza Morawieckiego w swoich naciskach osiągnął jednak połowiczny sukces. Udało mu się doprowadzić do tego, że Komisja zgodziła się na renegocjacje umowy z Pfizerem. – Prowadziliśmy wtedy korespondencję z KE i pamiętam, że na początku rzeczywiście mówiła twarde „nie” jakimkolwiek renegocjacjom, a potem jednak częściowo uległa – opowiada Klinger. KE wynegocjowała aneks, który pozwalał zmniejszyć nieco zamówienia (o ok. 35 proc.), na co zgodziły się wszystkie państwa oprócz Polski i Rumunii.
– My uznaliśmy, że nie będziemy wyrzucać szczepionek do śmietnika. I może to rzeczywiście było nieracjonalne, bo mogliśmy wówczas zapłacić nieco mniej, odebrać szczepionki i je zutylizować, a teraz dostaliśmy karę i mamy zapłacić więcej, ale szczerze mówiąc, dla mnie ten wyrok belgijskiego sądu był jednak zaskoczeniem, bo on nie uznał żadnego argumentu Polski. A ja się spodziewałam, że sąd powie coś w stylu, że może Pfizer nie produkuje już tych szczepionek, bo to jest bez sensu, a Polska niech zapłaci nieco mniejszą karę. Tymczasem sąd w ogóle nie uwzględnił w swym wyroku interesu publicznego, tylko i wyłącznie interes firmy. A przecież interes publiczny jest taki, że to są niepotrzebne koszty produkcji i duże zanieczyszczenie środowiska, do tego utylizacja też potem sporo kosztuje – i to pieniądze konkretnych podatników unijnych, ale też nasze środowisko. Nie rozumiem tego wyroku – przyznaje Klara Klinger.
Co rząd Mateusza Morawieckiego mógł zrobić lepiej w sprawie szczepionek?
Dla obecnego rządu kara, jaką zasądził Polsce belgijski sąd, jest dużym problemem. – Można powiedzieć z całą pewnością, że obecny rząd zdecydowanie nie jest temu winny. I mogliśmy rzeczywiście zapłacić np. 2 mld zł mniej, gdybyśmy przystali wcześniej na wynegocjowany przez KE aneks, obniżający wielkość dostaw. I byłoby po sprawie. Ale zawsze jest tak, że da się wszystko zrobić lepiej. Natomiast jeśli przyjrzymy się szczegółom całej tej sprawy, to nie jest tak, że łatwo można wskazać winnego – ocenia rozmówczyni podcastu.
Czytaj więcej
Minister finansów Andrzej Domański w ostrych słowach skrytykował rząd PiS za zerwanie umowy na dostawę szczepionek przeciw COVID-19. W środę sąd w...
– Jeżeli miałabym powiedzieć, czy poprzedni rząd jest tu czemuś naprawdę winny, to chyba raczej temu, że tak mała liczba Polaków się zaszczepiła. Bo ten odsetek był u nas jednym z mniejszych w Europie. Oczywiście nawet gdyby się zwiększył, nie wykorzystaliśmy tych dziesiątków milionów zamówionych szczepionek, ale na pewno można było dołożyć większych starań. Politycy PiS-u odpowiedzieliby pewnie, że zorganizowali świetny system szczepień – i to prawda. To był jeden z najlepszych systemów w Europie. Ale zarazem politycznie sączono taką narrację, takie mrugnięcia okiem do pewnej części wyborców, że z tymi szczepieniami to nie do końca wiadomo, a nawet sam prezydent mówił, że na grypę już szczepił się nie będzie, że nie wszyscy musimy w te szczepienia wierzyć – opowiada Klinger.
– Ja to nawet prześledziłam, kiedy to się w ogóle zaczęło. I to był efekt działań, które ruszyły dużo wcześniej. Już w 2017 r. zaczęto zapraszać do TVP, w prime time, antyszczepionkowców. I były dyskusje, czy to jest coś dobrego, czy złego. A to tak, jakby zaprosić płaskoziemców do rozmowy, czy Ziemia jest okrągła, czy nie. Telewizja publiczna za czasów PiS-u dopuściła do głosu osoby, które mówiły rzeczy bardzo niebezpieczne dla zdrowia publicznego – było to wręcz karygodne. I wtedy nie było oburzenia ze strony ówczesnego Ministerstwa Zdrowia – ocenia.
– Czy więc poprzedni rząd mógł coś zrobić lepiej? Tak, uważam, że mógł uratować pewnymi działaniami większą liczbę osób. Czy kupił za dużo szczepionek? Tak. Czy mógł gospodarniej postępować? Tak. Ale nie było to wcale takie proste, jakby się to mogło dziś wydawać, i nie powinniśmy przedstawiać tego w tak czarno-białym, jednostronnym obrazie – podsumowuje Klara Klinger w podcaście „Rzecz w tym”.