Jak wpadliście na ten pomysł? Wybuchła wojna i po prostu stwierdziliście, że jedziecie na granicę?

Zaczęło się od jednego posta na Facebooku. W piątek 25 lutego napisałem, że jadę na granicę. Zaraz potem zadzwonił kolega z którym pracuję i powiedział, że jedzie ze mną. Później zgłosił się kolejny kolega. Myślałem, że z nimi trzema ustalimy na spokojnie, na które przejście pojedziemy i ile będziemy mogli zabrać rzeczy dla dzieci. Okazało się, że na nasze – internetowe - spotkanie w sobotę dołączyło 25 osób. Utworzyły się dwa konwoje. W niedzielę osiem osób wyjechało o czwartej rano z Warszawy i my z Katowic w jedenaście samochodów i busa. Każdy z nas był sam w samochodzie, żeby można było zabrać jak najwięcej rzeczy dla uchodźców, a wracając z granicy, móc zabrać jak najwięcej ludzi.

Czytaj więcej

Senat chce udostępnienia dla uchodźców z Ukrainy państwowych hoteli

Dokąd zabrać?

Często na początku nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie ich zabieramy. Przez pierwszy tydzień operowaliśmy w taki sposób, że na sto kilometrów przed przejściem granicznym, dzwoniliśmy do jednego z naszych punktów koordynacji kierowców - mamy dwa takie, które działają 24 godziny na dobę. Punkty koordynacji zbierały informacje, gdzie jest aktualnie najwięcej uchodźców, i przekazywały te informacje nam, a później tam jechaliśmy. Wracając z granicy przekazywaliśmy informację ilu mamy uchodźców, żeby znaleziono odpowiednią liczbę mieszkań - tak też było za moim pierwszym razem na granicy.

Własne mieszkania też wykorzystujecie?

Zadzwoniłem do mojego kolegi, Antka i powiedziałem, że wiozę do niego matkę z jednym niepełnosprawnym dzieckiem i córką. Dziecko było spowolnione w rozwoju - zaczęło chodzić dopiero w wieku pięciu lat i słabo się komunikowało. Antek wszystko przygotował na nasz przyjazd i poszedł spać do brata. Ja wróciłem do domu, a około pierwszej w nocy dostałem telefon od Pauliny Borek, koleżanki z którą pracowałem kiedyś w banku. Zapytała czy jestem w stanie pomieścić jedenaście osób, które czekają na dworcu. To były dwie rodziny. Mam relatywnie małe mieszkanie. W nocy udało się szybko przystosować jedno podwójne łóżko, rozkładaną kanapę, materac i łóżko mojej córki – tak, żeby te osiem osób mogło się położyć. Przygotowałem jedzenie i picie, a przy palniku położyłem rzeczy, które mogą ugotować. Przyniosłem także z pokoju mojej córki zabawki i rzeczy do rysowania dla dzieci. Jak odwiozłem ich kolejnego dnia i wróciłem do domu, to nic nie było tknięte. Pierwszy raz się wtedy popłakałem. Bo zostawili pół rolki papieru i sok winogronowy. Prawdopodobnie zrozumieli, że jest to dom tranzytowy i zostawia się tu rzeczy, jak się już jedzie w bezpieczne miejsce. Drugi raz się popłakałem gdy rozpoczęliśmy przewóz ludzi na Ukrainie. Później już emocje przekuwałem w motywację do dalszego działania i budowania skali.

Wozicie ludzi bezpośrednio z Ukrainy do Polski?

Tak, część kierowców powiedziała, że nie ma problemu by wjeżdżać na Ukrainę, nawiązaliśmy też kontakt z jednostkami wolontariuszy na Ukrainie, którzy nam podrzucali ludzi do - jeszcze bezpiecznego - Kijowa i Lwowa. W pierwszym tygodniu działaliśmy wszyscy na adrenalinie i spaliśmy po dwie godziny dziennie. Po pierwszym tygodniu zaaplikowałem sobie kroplówkę, żeby nie paść i działać dalej. Uratowaliśmy pięciomiesięczną dziewczynkę, której rodzice zostali zabici - z babcią przejechała polską granicę. Jestem ojcem trzyletniej Hani więc to rozłożyło mnie zupełnie.

W jaki sposób się ze sobą porozumiewacie?

Mamy grupę na Facebooku „Od Granicy do Mieszkania", która ma 1600 osób i jej skład cały czas rośnie . Dzięki kancelarii prawnej DLA Piper udało się w ekspresowym tempie zarejestrować fundację. Bank Pekao SA równie szybko w tym tygodniu dostaliśmy konto w banku.

Fundację założyliście tylko po to, by zbierać środki, czy to jeszcze do czegoś ma się przydać?

Ze swoich prywatnych pieniędzy wydałem niemałą sumę na pomoc. Myślę, że inni członkowie też wydali dużo. Chcemy mieć pięć swoich autokarów po ukraińskiej stronie i pięć po polskiej. Po to by spotykać się na granicy i usprawnić proces pomocy. Pięć razy będąc w Medyce musiałem wybierać z kolejki matki z najmłodszymi dziećmi, które zabiorę do Warszawy. Nie polecam nikomu takiego doświadczenia. Fundacja ma to wszystko uporządkować.

Ilu macie wolontariuszy?

Myślę, że ponad tysiąc, ale nikt nie podpisuje przecież umowy na bycie wolontariuszem. Zaczęliśmy się po prostu przyciągać z podobnymi jednostkami, które świadczą pomoc. Nagle pojawili się np. ludzie, którzy skupili się na wysyłaniu ogromnych ilości jedzenia i artykułów medycznych . Dzięki czemu udało nam się wysłać np. dużą ilość wody, koców, ubrań i akredytowanych rzeczy, jak bandaże i leki. To co robi Polska i świat jest świetne, ale tego jest nadal za mało. Współpracujemy z międzynarodową grupą Team Ukraine Love

Był jakiś moment przełomowy w napływie wolontariuszy?

Myślę, że ten przełomowy moment jeszcze nie nastąpił. Teraz 4-11 kwietnia jadę w podróż do Dubaju, żeby zbierać pieniądze na fundację. Obecnie jestem zalewany SMS-ami i telefonami, ludzie mówią, że widzą co robimy i że to ma realny wpływ, a następnie pytają gdzie mogę mi wysłać pieniądze. Dlatego podpisujemy właśnie umowę z fundacją Mentor4Starters, która pozwoli nam osiągnąć większą skalę wpływu.

Dostarczacie pomoc humanitarną, przewozicie ludzi i zapewniacie im mieszkania. Są jeszcze rezerwy mieszkaniowe?

Polacy pooddawali wszystko co mieli, są ludzie którzy pomagają w nocy w punkcie recepcyjnym, a ich mieszkanie służy w tym czasie jako miejsce noclegowe, sami śpią w ciągu dnia. Polska nie jest przygotowana na taką liczbę uchodźców jednak miejsca dalej się znajdują. Na tym etapie nie współpracujemy z obozami dla uchodźców bo uważamy ze Ukraińcy uciekający przed wojennym koszmarem, którzy i tak już mają zrujnowane życie - muszą mieć zapewnioną chociaż namiastkę bezpieczeństwa w postaci normalnego domu. .

Chcemy się zająć się także budową oprogramowania, które pozwoli nam zoptymalizować pomoc nie tylko w zakresie transportu i mieszkań ale też pracy czy opieki psychologicznej.

Oprogramowanie na zasadzie aplikacji w telefonie?

Dla nas będzie portal internetowy, a dla kierowców będzie aplikacja. To pozwoli nam sprawniej rejestrować kierowców i sprawdzać ich wiarygodność. Pozwoli nam to też śledzić co się dzieje z pasażerami np. czy zostali w Warszawie, czy opuścili Polskę, czy będą szukali pracy czy pomocy psychologicznej. Najcenniejsze źródło informacji, to moment, gdy kierowca zabiera osobę z granicy, czy z punktu recepcyjnego. Takie informacje pozwolą nam później pomóc w znajdywaniu pracy dla tych ludzi. Strategia naszej fundacji opiera się na piramidzie potrzeb Maslowa. Zaczynamy od „przepychania" jak największej liczby dzieci i matek z podstawowego stopnia potrzeb fizjologicznych, na samą górę.

Ile osób chcecie tak pchnąć w górę?

Z kolejki w Medyce wybierałem matki z najmłodszymi dziećmi. Nikomu nie życzę takiego doświadczenia

Kuba Lang

Pierwszym celem fundacji jest to, żeby pomóc stu tysiącom dzieci. To nie jest nasz finalny cel, ponieważ z samej granicy zwieźliśmy już około 77 tysięcy ludzi. Z jednej strony jest zasikane dziecko z brudnym kombinezonem, które wkładasz do fotelika swojej córki i zastanawiasz się nad tym jak wygląda ten świat. Ale później myślisz o lepszej wizji, że ta dziewczynka pójdzie kiedyś na MBA, na Harvard, dzięki zgromadzonym przez nas pieniądzom. Trzeba poprowadzić jej życie tak, żeby znalazła normalność. Mój dziadek przeżył siedem obozów koncentracyjnych i przed śmiercią dwa lata temu życzył mi dwóch rzeczy: żeby moja córka była zawsze zdrowa i żebym nigdy nie doświadczył wojny. W domu, w którym się wychowałem była tzw. komórka Felicji, to była moja prababcia - tam w czasie wojny byli ukrywani Żydzi. Jeśli dorastasz słuchając o wojnie i że należy pomóc w potrzebie, to później pomoc jest intuicyjna.

Jak dokładnie działają wasze punkty koordynacji?

Zdecydowaliśmy, że skoro mamy tak dużą grupę, która jeździ i udostępnia mieszkania, to my będziemy specjalnym centrum uderzeniowym. Kierowca mówi, że jest np. w Medyce i wraca z określoną liczbą osób, a my w tym czasie szukamy miejsca do którego będzie mógł zjechać. To działa.

Jakie są wasze dalsze plany?

Oprócz autokarów i platformy agregującej inicjatywy potrzebne dla zapewnienia Uchodźcom nowego startu, chcemy kupić karetki i przekazać Ukrainie.

Często słyszmy też, że Ukraińcy mają problem z wynajmem mieszkań, bo nie mają zdolności finansowej, a przy okazji ludzie chcą ich oszukiwać. Chcemy wyrobić sobie taką markę, która pozwoli nam dogadywać się z właścicielami mieszkań. Patrząc biznesowo, chcielibyśmy być fundacją od kryzysów humanitarnych. Teraz wypracowujemy pewien know-how. Dzięki któremu, jak wybuchnie konflikt w innym miejscu, to będziemy w stanie odpowiedzieć w ciągu pierwszego dnia.

Planujecie współpracę z rządem?

Chcielibyśmy współpracować z rządem, samorządem i każdą organizacją niosącą pomoc dla Uchodźców, jednak zawsze będziemy fundacją apolityczną.

Pierwsze kroki do współpracy zostały już podjęte. Rząd mógłby nam pomóc , np. w weryfikacji kierowców i sprawdzaniu czy nie są karani. Będziemy działać z rządem, jeżeli ma to usprawnić życie ukraińskich uchodźców.