Klub z Górnego Śląska nie jest najbogatszy nawet w PlusLidze, a jego nazwa nie rozpala wyobraźni czołowych siatkarzy, ale w Kędzierzynie-Koźlu umieją budować drużyny i wykorzystywać szanse.

ZAKSA w ubiegłym sezonie przerwała rosyjsko-włoską dominację - tamtejsze kluby wygrały dwanaście poprzednich edycji Ligi Mistrzów - i jako pierwsza ekipa z Polski, od 1978 roku i Płomienia Milowice, triumfowała w najważniejszych europejskich rozgrywkach. Minęło dwanaście miesięcy, w zespole zmieniło niemal wszystko. Inny jest trener, prezes oraz mózg zespołu, czyli rozgrywający, ale kibice w Kędzierzynie-Koźlu ponownie mają najlepszą drużynę Europy.

Sebastian Świderski jest dziś szefem Polskiego Związku Piłki Siatkowej (PZPS), Nikola Grbić trenuje reprezentację Polski, a Benjamin Toniutti gra dla Jastrzębskiego Węgla. ZAKSĘ budują inni.

Klubem kieruje Piotr Szpaczek, zespołem - były szkoleniowiec Kuzbassu Kemerowo, Rumun Gheorghe Cretu, a drużyną na boisku Marcin Janusz, który za chwilę może być jednym z liderów reprezentacji Polski. Władze ZAKSY z rozsądkiem przebudowały zespół, ponownie opierając go na Polakach, i znów w najważniejszym meczu sezonu ekipa z Kędzierzyna-Koźla była lepsza od siatkarzy z Trentino. Tym razem skończyło się na trzech setach i siedmiu piłkach meczowych.

To popis zespołu, do sukcesu prowadził wysiłek zbiorowy. ZAKSA miała jednak w swoich szeregach przodownika pracy, bo Kamil Semeniuk zdobył 26 pkt i zbijał piłki z 76-procentową skutecznością.

Włochom mogło się wydawać, że flirtują z korzystnym wynikiem. Niby byli blisko, a jednak daleko. To mistrzowie Polski kontrolowali przebieg meczu i nawet, gdy w trzecim secie prowadzili rywale, to już w najważniejszych momentach partii do głosu dochodziła zimnokrwista ZAKSA. Podopieczni Cretu dokonali wyczynu niezwykłego. Nie tylko obronili tytuł, ale także - jako zdobywcy mistrzostwa i pucharu kraju - skompletowali potrójną koronę. Tego jeszcze w polskiej siatkówce nie było.