Zeznawał pan dziś jako świadek w sprawie o uchylenie immunitetu sędziemu Józefowi Iwulskiego, prezesowi Izby Pracy i Ubezpieczeń Sądu Najwyższego. Wnosili o to jego obrońcy? Jak było na przesłuchaniu przed Izbą Dyscyplinarną SN?

Byłem przesłuchiwany przez 2,5 godziny, ale w bardzo kulturalny sposób.

Co pan powiedział?

To były bardzo trudne czasy. Na początku podkreśliłem, że nie ma sędziów stanu wojennego w znaczeniu pejoratywnym. Są natomiast sędziowie bohaterowie stanu wojennego i sędziowie o ocenie wprost przeciwnej. Na orzecznictwo sędziego w stanie wojennym nie można według mojej wiedzy patrzeć z punktu widzenia jednej jedynej sprawy. Tylko nieliczni nie zdali egzaminu z przyzwoitości i byli sędziami „usługowymi". Byli sędziowie, którzy w stanie wojennym robili kariery.

Czytaj także: W Sądzie Najwyższym „zero tolerancji”

Czyli po 1989 r. Józef Iwulski mógł orzekać?

Sędzia Iwulski w 1990 r. przeszedł skutecznie powołanie na sędziego SN. Wówczas badano wszystko, całą historię. Jeżeli przeszedł tamtą weryfikację, to oznacza, że przyjęto, iż sędzia jest w porządku. Izba Wojskowa Sądu Najwyższego wydawała wówczas najsurowsze orzeczenia wobec opozycjonistów, bo były oczekiwania, aby orzekać zgodnie z życzeniami władzy.

Sędzia Iwulski orzekał w sądzie wojskowym w Krakowie jako powołany do wojska i delegowany. Czy faktycznie nie mógł odmówić, bo groził mu zarzut dezercji?

Sytuacja delegowanych była szczególnie trudna, gdyż do takich składów dołączani byli wyżsi oficerowie zawodowi. Wydanie zdania odrębnego na korzyść oskarżonego – a tak uczynił w jednej ze spraw – było odwagą, bo orzecznictwo każdego sędziego było poddawane przez władze wnikliwej analizie. Naciski na sędziów były bardzo silne.

A czy sędzia Iwulski, orzekając w Krakowie, dopuścił się zbrodni przeciwko prawom człowieka, jak twierdzi pion śledczy IPN?

Na to pytanie zadane mi przez prokuratora Instytutu Pamięci Narodowej odpowiedziałem negatywnie.