Rzeczpospolita: W czym tkwi tajemnica popularności opowieści o Lucky Luke'u?

Achdé: Prawie 300 milionów sprzedanych albumów i przetłumaczenie serii na 20 języków nawet na mnie wciąż robi wrażenie. Obok tych o Asteriksie i Obeliksie to w końcu najlepiej sprzedający się francusko-belgijski komiks na świecie. Według mnie ten sukces wynika z uniwersalnej, powszechnie zrozumiałej historii.

Dlaczego w 2001 roku podjął się pan kontynuowania serii po śmierci jej twórcy znanego pod pseudonimem Morris?

Zacząłem pracować z nim za jego życia. Poprosił mnie o tworzenie pasków z Bzikiem, czyli najgłupszym psem na Dzikim Zachodzie. Po śmierci Morrisa jego żona i redaktor zwrócili się do mnie w sprawie kolejnych historii Lucky Luke'a. Na szczęście czytelnicy zaakceptowali taką decyzję, co potwierdzają wyniki sprzedaży kolejnych albumów. Ostatnie kilkanaście lat jest dla mnie jak spełnienie dziecięcych marzeń.

Jaka jest najważniejsza różnica między pana Lucky Lukiem a tym rysowanym przez Morrisa?

Trudno dorównać mistrzowi. Zawsze staram się być możliwie najbliżej jego stylu, zastanawiam się, jak on by coś narysował. Ale mam świadomość, że moje kadry są czasem inne, a odniesienia do kinematografii lub telewizji bardziej nowoczesne.

A z czym miał pan największą trudność?

Najtrudniej przychodziło mi narysowanie koni oraz dyliżansów, i tak pozostało... (śmiech). Pomógł mi fakt, że zawsze byłem fanem nie tylko komiksów o Lucky Luke'u, ale też wszelkich książek i filmów o Dzikim Zachodzie. Teraz największym wyzwaniem jest chyba unikanie powtórzeń, bo po 70 latach coraz trudniej znaleźć świeże pomysły.

Sama postać też zmieniała w ciągu tych dekad wygląd i zwyczaje. Morris otrzymał nagrodę Światowej Organizacji Zdrowia, bo zastąpił źdźbłem trawy nieodłącznego papierosa w ustach Lucky Luke'a.

Autopromocja
Ranking Samorządów

Poznaj najlepsze samorządy w Polsce

WEŹ UDZIAŁ

Zacząłem czytać Lucky Luke'a w 1965 roku, kiedy jeszcze był nałogowym palaczem. I stanowił dla mnie kwintesencję prawdziwego kowboja. Jego twarz zbudowana była wokół papierosa. Ale czasy się zmieniają i Morris postanowił w latach 80., że Lucky Luke rzuci palenie, które zyskało złą sławę. Nie miałem innego wyboru, jak tylko pójść tą ścieżką, więc do dziś żuje on trawkę, a ja musiałem znaleźć patent na sensowne rysowanie jego ust bez niedopałka.

Kiedy zapytałem Grzegorza Rosińskiego, rysownika „Thorgala", czy postaci komiksowe wzoruje na rysach znanych mu osób, odparł, że woli tworzyć od zera. Najpierw zastanawia się, jaką rolę ma do odegrania bohater, a później dorzuca mu mięśnie lub okulary. Pan pracuje podobnie?

Generalnie tak, wygląd większości nowych postaci wydobywam z własnej wyobraźni. Ale ja nie rysuję tak realistycznie jak Grzegorz. Moje postaci są bardziej karykaturalne, żeby nie powiedzieć komiksowe.

A na ile pomaga panu w pracy komputer?

Właściwie używam go wyłącznie do tego, żeby skanować i przyciemniać moje projekty. Nie rysuję przy użyciu komputera, nie lubię tego. Nawet tekst w dymkach wypełniam piórem wiecznym i atramentem. Nie oznacza to jednak, że jestem zgredem, który walczy z nowoczesną techniką. Najlepszy dowód to fakt, że jako pierwszy w Europie zacząłem pracować na tablecie graficznym Cintiq!

Znany rysownik Seth powiedział kiedyś, że tworzenie komiksów przypomina raczej połączenie poezji i designu niż rysunku i literatury. Zgadza się pan?

Każdy nieco inaczej postrzega i interpretuje swoją sztukę. Ja czuję się trochę jak reżyser filmowy, ale z pędzlem zamiast kamery. Ale my, rysownicy, jako jedyni w świecie artystycznym, możemy zaoferować jednocześnie tekst i obraz.

Którego z polskich twórców komiksu ceni pan najwyżej?

Oczywiście Grzegorza Rosińskiego. To wielki artysta, wyjątkowy malarz z unikalnym wyczuciem kolorów. Chciałbym tworzyć tak spontanicznie jak on. Jednym z najwybitniejszych rysowników w Ameryce był też urodzony w Jezierzanach Joe Kubert, niedościgniony, jeśli chodzi o czarno-białe rysunki.

Kiedy Lucky Luke spotka na Dzikim Zachodzie bohatera z Polski?

W najnowszym albumie „Ziemia obiecana" pojawia się rodzina Sternów z Europy Wschodniej. Można się domyślić, że ci Żydzi musieli wyemigrować z terenów rozbiorowej Polski. Ale nie wykluczam kolejnych przygód z Polakami.

Lucky Luke wdarł się do filmu animowanego, serialu, filmu fabularnego, gier wideo, planszówek itp. Które z tych wcieleń uważa pan za udane, a które nie?

Dostosowanie serii takich jak Lucky Luke do innych mediów jest trudne, trudniejsze niż w przypadku komiksów z superbohaterami. Moim zdaniem gry wideo i kreskówki wybroniły się lepiej, bo szanują bohaterów i grafikę. Filmy zgubiły charakterystyczny klimat.

A nad czym pan teraz pracuje?

Skończyłem czwarty tom „Kid Lucky", historię o młodości Lucky Luke'a. Wymyślam też scenariusz tej serii. Wkrótce zacznę rysować historię Lucky Luke'a według scenariusza Jula, ukaże się we Francji i w Belgii pod koniec przyszłego roku. Przygotowuję wystawę w Paryżu, no i pakuję się do wyjazdu na Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi.

Sylwetka

Achdé, rysownik komiksów

Pseudonim wziął z wymawianych po francusku inicjałów jego nazwiska: Hervé Darmenton. Najpierw skończył studia medyczne i dopiero w 1985 r. skupił się na rysowaniu. Ma kontrakt z firmą Dargaud, dla której stworzył kilkanaście tomów popularnej serii „CRS". Jego rysunki docenił Morris, czyli pomysłodawca serii o Lucky Luke'u, i zaproponował współpracę. Po śmierci Morrisa kontynuuje serię, która dziś wiąże się nierozerwalnie z jego nazwiskiem. W ten weekend będzie gościem Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.