Z chińskimi turystami jest coraz większy kłopot. Jest ich z każdym miesiącem więcej, zachowują się dość hałaśliwie, poruszają w ogromnych grupach i wszelkie prognozy zakładają, że to dopiero początek ich inwazji. Przemysł turystyczny powinien zacierać ręce z zadowolenia, jednak chiński turysta czasem oznacza zagrożenie dla przemysłu miejsca, które odwiedza i może przynieść przy okazji trochę zbyt wiele dewastacji i braku szacunku dla historii niż by to się kojarzyło z kimś, kto przyjeżdża z kraju o tak starej kulturze.
Plaga chińskich turystów
Historia zna przypadki chińskich turystów malujących sprayem po murach starożytnych egipskich świątyń. W ubiegłym roku nawet sam prezydent Chin zabrał głos w tej sprawie i doradzał obywatelom swojego kraju, by nie wyjeżdżali w egzotyczne rejony z walizkami pełnymi makaronów instant. Bo to psuje lokalny rynek i sprawia, że restauracje zamiast z chińskich turystów żyć i się rozwijać, upadają notując kolejne straty. Rada Xi Jinpinga wygłoszona na Malediwach, jednym z bardziej popularnych kierunków chińskiej turystyki brzmiała jednak bardziej jak upomnienie niż przysługa wyświadczana narodowi. Chiński turysta miał się zastosować.
Obecnie obserwuje się kolejny negatywny trend wywołany przez przemarsze chińskich turystów przez świat. Związany jest tym razem z rejonem Morza Południowochińskiego, na którym od roku gotuje się od sporów terytorialnych podsycanych przez Pekin. W maju 2014 roku królowała tam chińska platforma wiertnicza, która – a jakże – podróżowała tam i z powrotem po nie swoich wodach. Denerwowano w ten sposób Wietnam. Następnie okazało się, że Chiny znakomicie radzą sobie w budowaniu sztucznych wysp na środku także nie do końca swoich terenów, wysp Spratly i Paracelskich, naruszając tym razem prawa (ale przede wszystkim spokój) nie tylko Wietnamu, ale także Filipin.
Obecnie archipelag Wysp Paracelskich doświadcza kolejnej inwazji. Na razie nie są to jeszcze chińskie jednostki wojskowe (rok temu chińska straż przybrzeżna bezpardonowo traktowała statki wietnamskie), ale turyści z kontynentu. Najdalej na południe wysuniętą prowincję-wyspę Hainan i miasto Sansha położone 340 kilometrów od jej granic turyści zaczynają traktować jako rodzime Malediwy. Tak teren jest reklamowany w krajowej prasie. W mediach społecznościowych można znaleźć coraz więcej zdjęć ludzi, którzy niedawno z terenu paracelskiej wyspy Woody wrócili i którzy z dumą pozują na nich z egzotycznymi rybami złowionymi na takich wakacjach.
Nowa forma walki
W wędkarstwie nie ma nic złego, ale okazy prezentowane w internecie to gatunki zagrożone. Chiny są sygnatariuszem Międzynarodowej Konwencji ds. Handlu Zagrożonymi gatunkami Fauny i Flory, która zobowiązuje się chronić 30 tys. gatunków zwierząt i roślin, dlatego problem jest coraz bardziej poważny. Od 2013 roku teren odwiedziło już blisko 3000 osób.