Reklama

Gdzie Pekin nie może, tam turystę pośle

Rok temu spory terytorialne w rejonie morza Południowochińskiego wywoływała umiejscowiona tam chińska platforma wiertnicza. Tym razem zamiast wielkiej konstrukcji Pekin zdecydował się wysłać tam… chińskich turystów.

Publikacja: 04.02.2015 13:59

Rafał Tomański

Rafał Tomański

Foto: Fotorzepa

Z chińskimi turystami jest coraz większy kłopot. Jest ich z każdym miesiącem więcej, zachowują się dość hałaśliwie, poruszają w ogromnych grupach i wszelkie prognozy zakładają, że to dopiero początek ich inwazji. Przemysł turystyczny powinien zacierać ręce z zadowolenia, jednak chiński turysta czasem oznacza zagrożenie dla przemysłu miejsca, które odwiedza i może przynieść przy okazji trochę zbyt wiele dewastacji i braku szacunku dla historii niż by to się kojarzyło z kimś, kto przyjeżdża z kraju o tak starej kulturze.

Plaga chińskich turystów

Historia zna przypadki chińskich turystów malujących sprayem po murach starożytnych egipskich świątyń. W ubiegłym roku nawet sam prezydent Chin zabrał głos w tej sprawie i doradzał obywatelom swojego kraju, by nie wyjeżdżali w egzotyczne rejony z walizkami pełnymi makaronów instant. Bo to psuje lokalny rynek i sprawia, że restauracje zamiast z chińskich turystów żyć i się rozwijać, upadają notując kolejne straty. Rada Xi Jinpinga wygłoszona na Malediwach, jednym z bardziej popularnych kierunków chińskiej turystyki brzmiała jednak bardziej jak upomnienie niż przysługa wyświadczana narodowi. Chiński turysta miał się zastosować.

Obecnie obserwuje się kolejny negatywny trend wywołany przez przemarsze chińskich turystów przez świat. Związany jest tym razem z rejonem Morza Południowochińskiego, na którym od roku gotuje się od sporów terytorialnych podsycanych przez Pekin. W maju 2014 roku królowała tam chińska platforma wiertnicza, która – a jakże – podróżowała tam i z powrotem po nie swoich wodach. Denerwowano w ten sposób Wietnam. Następnie okazało się, że Chiny znakomicie radzą sobie w budowaniu sztucznych wysp na środku także nie do końca swoich terenów, wysp Spratly i Paracelskich, naruszając tym razem prawa (ale przede wszystkim spokój) nie tylko Wietnamu, ale także Filipin.

Obecnie archipelag Wysp Paracelskich doświadcza kolejnej inwazji. Na razie nie są to jeszcze chińskie jednostki wojskowe (rok temu chińska straż przybrzeżna bezpardonowo traktowała statki wietnamskie), ale turyści z kontynentu. Najdalej na południe wysuniętą prowincję-wyspę Hainan i miasto Sansha położone 340 kilometrów od jej granic turyści zaczynają traktować jako rodzime Malediwy. Tak teren jest reklamowany w krajowej prasie. W mediach społecznościowych można znaleźć coraz więcej zdjęć ludzi, którzy niedawno z terenu paracelskiej wyspy Woody wrócili i którzy z dumą pozują na nich z egzotycznymi rybami złowionymi na takich wakacjach.

Nowa forma walki

W wędkarstwie nie ma nic złego, ale okazy prezentowane w internecie to gatunki zagrożone. Chiny są sygnatariuszem Międzynarodowej Konwencji ds. Handlu Zagrożonymi gatunkami Fauny i Flory, która zobowiązuje się chronić 30 tys. gatunków zwierząt i roślin, dlatego problem jest coraz bardziej poważny. Od 2013 roku teren odwiedziło już blisko 3000 osób.

Reklama
Reklama

Oczywiście nikt nie sprowadza na chińskie Malediwy ludzi po to, by systematycznie pozbywać się populacji egzotycznych ryb. To nowa forma zaznaczania praw do terenu, który budzi emocje. Im więcej chińskich obywateli poczuje się z nim osobiście związanych, tym większa ich siła oddziaływania na innych będzie w przyszłości. W końcu według zasad marketingu bezpośrednia rekomendacja jest skuteczniejsza niż wszelka reklama.

Publicystyka
Marek A. Cichocki: Zapraszamy na europejski rollercoaster
Publicystyka
Estera Flieger: Emmanuel Macron w trybie kocura
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Histeria końca wszystkiego
Publicystyka
Estera Flieger: Wagary od płynnej nowoczesności
Publicystyka
Jacek Czaputowicz: Małe exposé prezydenta Nawrockiego
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama