Na trzecią możliwość wskazuje sondaż United Surveys dla WP, ale na to samo wskazywał już lutowy sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej”. W wyborczej walce mogą być sami przegrani, jeśli PSL prześlizgnie się nad progiem, a proporcje między resztą uczestników wyborczego boju będą układać się tak jak obecnie (KO jako jedyna nieco powyżej 30 proc., PiS oscylujący wokół 23-25 proc.). Wówczas możliwy jest idealny remis, 230 do 230 – który będzie oznaczał rozpoczęcie gry prawicy w „wyciągnijmy kilku posłów PSL” oraz gry koalicji 15 października w „poszukajmy harcerzy w PiS i umiarkowanych w Konfederacji”. 

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Nowy wpis Donalda Trumpa. Jest przełom ws. wojny z Iranem?

Grzegorz Braun w koalicji może chwiać szalupą albo nawet zrobić dziurę w jej kadłubie

Ale wybory mogą okazać się porażką dla wszystkich nawet wtedy, jeśli nie będzie remisu w liczbie mandatów. Przede wszystkim dlatego, że na dziś do prawicowego tanga trzeba trojga, a nie dwojga, a ten trzeci (Grzegorz Braun) jest politykiem na tyle nieprzewidywalnym i niewygodnym we współpracy, że porozumienie z nim może się okazać dla PiS awykonalne. Nie tylko dlatego, że oznaczałoby radykalne pogorszenie relacji z USA (ambasador Thomas Rose w wywiadzie dla „Rz” wyraził to, nie siląc się na subtelności), ale także dlatego, że wchodzenie w koalicję z Braunem to jak wsiadanie do szalupy z kimś, kto w każdej chwili może, choćby dla zabawy, zacząć nią trząść, a nie można wykluczyć, że w pewnym momencie zrobi w kadłubie dziurę, byle zrobiło się o nim głośno. Oczywiście PiS niewątpliwie natychmiast po wejściu w koalicję z Braunem uruchomiłby pewnie protokół znany z czasu koalicji z Samoobroną czy – nieco później – z Porozumieniem Jarosława Gowina i spróbowałby wyłuskać tylu posłów Konfederacji Korony Polskiej, by ojciec założyciel tego ugrupowania nie był już potrzebny, ale byłaby to droga trudna i wyboista, na dodatek wymagałaby od potencjalnego rządu stworzonego przez PiS, by zajmował się w dużej mierze samym sobą, co zawsze politycznie jest kosztowne. Nie wiadomo też, czy sam Braun, bez gwarancji chroniących go przed takim scenariuszem, chciałby w taką koalicję wchodzić. A co, jeśli zażądałby np. jednego z resortów siłowych? Znaków zapytania jest tu dużo.

Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że możemy znaleźć się w sytuacji tzw. zawieszonego parlamentu – czyli sytuacji, w której nikt nie będzie w stanie zbudować większości. A wtedy może się okazać, że karty zacznie rozdawać Karol Nawrocki

Koalicja Obywatelska może „wygrać” wybory jak PiS w 2023 roku

Z drugiej strony prowadząca w sondażach Koalicja Obywatelska jest na kursie do pyrrusowego zwycięstwa odniesionego przez PiS w 2023 r. Donaldowi Tuskowi nie udało się skonsumować poparcia dawnej Trzeciej Drogi, bo na osłabnięciu przede wszystkim Polski 2050 skorzystała raczej Konfederacja. Straciwszy ważnego koalicjanta i nie zyskawszy jego poparcia, Tusk i jego drużyna znaleźli się w sytuacji, w której teoretycznie mogliby próbować szukać wolnorynkowych nici łączących ich z Konfederacją, ale decyzje takie jak wprowadzenie ceny maksymalnej na paliwo, godzenie się z rosnącym deficytem i silnie okazywana prounijność sprawiają, że taka koalicja jest możliwa głównie matematycznie. Tym bardziej że Konfederacja w takim układzie musiałaby dostać bardzo, bardzo dużo, aby opłacało się jej polityczne igranie z własnym elektoratem, który w większości taką koalicję uznałby zapewne za zdradę. 

W efekcie wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że możemy znaleźć się w sytuacji tzw. zawieszonego parlamentu – czyli sytuacji, w której nikt nie będzie w stanie zbudować większości. A wtedy może się okazać, że karty zacznie rozdawać Karol Nawrocki, bo w tzw. trzecim konstytucyjnym kroku to on wskaże tego, kto albo zostanie premierem, albo zgasi światło w rozwiązywanym parlamencie. A tego ostatniego wszyscy główni bohaterowie raczej będą chcieli uniknąć, bo na chaosie i paraliżu w państwie zyskują pewnie siły antysystemowe, a nie establishment. W tym wypadku nie trzeba chyba wyjaśniać, kto jest kim.