Pomysł powołania specjalnej komisji o szerokich uprawnieniach, która miałaby badać „rosyjskie inspiracje” w zarządzaniu polską energetyką i wyciągać z tego konsekwencje, w takim kształcie, w jakim ogłasza go PiS, jest antypaństwowy. To kolejna wersja gry w „Kto bardziej wspiera Putina”, przy czym każda kolejna jest bardziej niszcząca dla państwa.

Faktycznie wokół polskiej energetyki i podpisywanych w przeszłości kontraktów z Rosją jest mnóstwo wątpliwości. Nigdy dość przypominania, że choćby gaz z norweskich złóż moglibyśmy sprowadzać już od jakiegoś czasu, gdyby nie decyzja Leszka Millera w czasie rządów SLD (lata 2001–2005) – tyle że akurat tego oczekiwany okres badania komisji już nie obejmuje, bo ma się ona zajmować czasem od 2007 r., czyli od początku rządów PO. Mówi o okresie 2007–2015, podczas gdy pan premier mówi o czasie do 2022 r. Pominięcie wcześniejszego okresu, w tym właśnie rządów SLD, można by złośliwie zinterpretować jako ukłon w kierunku ewentualnego koalicjanta po wyborach 2023 r.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Niekontrolowany przypływ szczerości

Zabieg jest sprytny. Po pierwsze – to gra ulubioną ostatnio kartą rzekomego bycia sojusznikiem Putina. Ta pałka jest w grze szczególnie intensywnie po 24 lutego, ale przecież była używana już wcześniej. Z jednej strony mamy ekscytację absurdalnymi wywodami gen. Pytla, tworzącego piętrowe teorie rosyjskiej agentury wewnątrz PiS; z drugiej zarzuty o bratanie się z Putinem, oparte na nieszczęsnej rzeczywiście próbie dokonania z Moskwą jakiegoś resetu za czasów PO. To przerzucanie się zarzutami o prorosyjskość nie prowadzi do niczego poza szumem informacyjnym i zaciemnieniem prawdziwego obrazu sytuacji.

Po drugie – wśród uprawnień, jakimi miałaby dysponować komisja, pojawiają się te mające charakter sankcji: pozbawienie dostępu do informacji niejawnych czy zakaz pełnienia funkcji powiązanych z dysponowaniem środkami publicznymi. A to już wygląda na sąd kapturowy. Od zajmowania się takimi sprawami są służby. Jeśli służby miałyby dowody na rosyjskie wpływy wśród polityków, to było dość czasu, żeby przedsięwziąć w tej sprawie postępowanie. Jeśli tak się nie stało, to komisja nie ma tu nic do roboty – chyba że ma jedynie zrealizować zapotrzebowanie PiS. Chyba że prezes i premier wyrażają grzmiące wotum nieufności wobec formacji nadzorowanych przez ministra Mariusza Kamińskiego.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”