Znamienna była sytuacja podczas poniedziałkowej konferencji Jarosława Kaczyńskiego i premiera Mateusza Morawieckiego. Prezes PiS obwieścił, że jego partia składa właśnie projekt ustawy powołującej specjalną „komisję weryfikacyjną” mającą wyjaśnić politykę energetyczną i związki z Rosją za czasów rządów Donalda Tuska w latach 2007–2015. I gdy na paskach telewizyjnych oraz w internecie pojawiła się ta wypowiedź, PR-owcy partii rządzącej wpadli w popłoch. W przygotowanych grafikach (opublikowanych tuż po konferencji) widniała bowiem inna data – 2007–2022.

Partyjni sztabowcy doskonale wiedzieli, że ogłaszanie komisji ograniczonej wyłącznie do rządów PO zostanie odebrane jako zagranie czysto kampanijne. Dlatego zapewne zapadła decyzja, by ustawa dotyczyła wszystkich rządów z ostatnich 15 lat. Skądinąd absurdalnie wyglądała sytuacja, w której uzasadnienie do wniosku prezesa Kaczyńskiego, by zbadać politykę energetyczną rządu Donalda Tuska, wygłosił premier Mateusz Morawiecki, który przez dwa lata był ekonomicznym doradcą Tuska.

Czytaj więcej

Komisja będzie ustalać to, co trudne do ustalenia

Niemniej pomyłka Jarosława Kaczyńskiego obnażyła prawdziwy sens proponowanego pomysłu: chodzi o to, by urządzić igrzyska mające na celu wbicie wyborcom do głowy, że to Platforma była partią, która działała na rzecz Rosji. Zgodnie z przysłowiem „kuj żelazo, póki gorące”, PiS stwierdził, że prognozy na najbliższe miesiące są na tyle marne, że trzeba na fali wzburzenia bestialstwem Rosjan urządzić polityczne igrzyska. Istotne tu jest, że PiS nie chce skorzystać z istniejącego mechanizmu komisji śledczej. W niej bowiem, spośród jedenastu posłów, znaleźć muszą się przedstawiciele opozycji w proporcji odpowiedniej do składu parlamentu. Powołanie nową ustawą nowej komisji mającej rozliczne kompetencje pozwoli opozycję z działań tejże komisji wyrugować.

Warto zapamiętać też inną wypowiedź z tej konferencji. W przypływie szczerości Jarosław Kaczyński stwierdził, że nie wierzy w możliwość użycia niemieckich patriotów w Polsce przeciw rosyjskim rakietom przez żołnierzy Bundeswehry. Wypowiedzią tą prezes PiS nie tylko dał świadectwo swym głębokim antyniemieckim uprzedzeniom, ale podważył sens istnienia NATO i gwarancji udzielanych sobie przez państwa w ramach sojuszu.

Dzięki obu tym wypowiedziom mamy pewność, co stanie się osią kampanii wyborczej PiS. Celem będzie uderzenie w największą partię opozycyjną i jej lidera. Środkami zaś będzie rozgrywanie antyniemieckich i antyrosyjskich resentymentów. W czasie wojny na wschodzie to drugie jest tak banalne, jak szkodliwe jest to pierwsze.