Reklama

Tomański: Bitwa między innymi o pietruszkę

Co wspólnego ma duet Simon & Garfunkel z chińską polityką zagraniczną?

Aktualizacja: 27.04.2016 07:54 Publikacja: 27.04.2016 07:48

Rafał Tomański

Rafał Tomański

Foto: Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski

Na pierwszy rzut oka niewiele, ale gdy okazuje się, że najnowszym celem polityki Pekinu na Morzu Południowochińskim ma zostać atol Scarborough, coś zaczyna układać się w jedną całość.

Nazwa atolu Scarborough pochodzi od okrętu o tej samej nazwie, który 12 września 1748 osiadł na tamtejszej mieliźnie. Żaglowiec należał do brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, niefortunna przygoda przydarzyła mu się podczas rejsu z Portsmouth do Chin. Po miesiącu od przejścia przez cieśninę Malakka na Malajach ówczesny kapitan jednostki Philip D'Auvergne został zatrzymany przez nieznany atol. Nie pomogło wyrzucanie dział za burtę, Scarborough musiał poczekać na życzliwe fale. Do chińskiego portu Whampoa (obecnie jedna z dzielnic miasta Kanton) udało się dotrzeć z niewielkim opóźnieniem 21 września.

10 października 1966 roku, niespełna 218 lat po wspominanym rejsie żaglowca Scarborough, Paul Simon i Art Garfunkel wydali swoją trzecią płytę zatytułowaną "Parsley, Sage, Rosemary and Thyme". Ta ziołowa wyliczanka wymieniająca po kolei pietruszkę, szałwię, rozmaryn i tymianek nawiązywała do utworu "Scarborough Fair" opartego na starej, angielskiej balladzie.

Jarmark ze Scarborough odbywał się kiedyś naprawdę. Co roku w hrabstwie North Yorkshire między 15 sierpnia (święto Wniebowzięcia Matki Boskiej) a 29 września (święto archanioła Michała, dzień uważany za zakończenie zbiorów w danym roku) urządzano wielki targ. Od XIII do XVIII wieku tradycja niezmiennie trwała. 45 dni rozrywki, handlu i nawiązywania nowych kontaktów - do Scarborough przyjeżdżali kupcy z całej Europy. Po 1788 roku święto handlu ostatecznie odeszło w zapomnienie, by następnie zyskać drugie życie w utworze Simona & Garfunkela.

Istnieje szansa, że jakieś towary z jarmarku znajdowały się na pokładzie żaglowca, który przypadkowo odkrył Scarborough. Dziś atol jest kością niezgody między Filipinami, Chinami i Tajwanem i choć zdanie tego ostatniego liczy się w sporze najmniej, dwa pierwsze państwa idą na wojnę na forum międzynarodowym. Na przełomie maja i czerwca spodziewany jest wyrok haskiego Trybunału, który rozsądzi przynależność skał i wysepek z terenu Morza Południowochińskiego. Stron sporu jest dużo więcej, atol Scarborough znajduje się wśród terenów, co do których zostanie wydany werdykt. Pekin zapewnił, że nie zamierza się do niego zastosować, ponieważ sprawy danego akwenu nie należą do międzynarodowej jurysdykcji. Poza tym w tym roku na Scarborough ma rozpocząć się budowa kolejnej wojskowej instalacji, dzięki której Chińczycy będą w stanie obserwować Amerykanów i Filipińczyków stacjonujących w bazie Clark w prowincji Pampanga.

Reklama
Reklama

Atol leży ok. 230 km od najbliższego wybrzeża Filipin, prowincji Zambales. To odrobinę dalej niż wymagane przez międzynarodowe prawo 220 km wyłączności na wody terytorialne, jednak Manila broni się tym, że chiński Hainan uzurpujący sobie prawo do Scarborough leży kilka razy dalej. Choć wydawać by się mogło, że w ciągu ponad dwóch wieków świat zmienił się nie do poznania, to na Morzu Południowochińskim wciąż trwa walka o handel, wpływy i władzę. Tylko że zamiast malowniczych żaglowców na tym samym terenie można znaleźć potężne chińskie jednostki straży przybrzeżnej i amerykański lotniskowiec USS John C. Stennis. Przed kilkoma dniami w połowie dystansu między atolem a wybrzeżem Filipin wizytował go osobiście Ash Carter, sekretarz obrony od prezydenta Obamy. Ciekawe, czy w wolnych chwilach słuchał ballady o jarmarku.

Teoretycznie mógłby, ponieważ stosunki chińsko-amerykańskie pełne są obecnie żądań, przy których zestaw tych, o które proszą siebie nawzajem bohaterowie "Scarborough Fair" (m.in. uszycie koszuli bez szwów i wypranie jej w wyschniętej studni) wydaje się dziecinnie prosty. Według ballady, prawdziwe uczucie powstanie wówczas, gdy to co z pozoru niemożliwe, wydarzy się naprawdę. Zatem być może to także czeka Waszyngton i Pekin. Ale zanim do tego dojdzie, każda ze stron musi "pośpiewać" sobie własną opowieść o tym, czego naprawdę pragnie.

Publicystyka
Marek A. Cichocki: Histeria końca wszystkiego
Publicystyka
Estera Flieger: Wagary od płynnej nowoczesności
Publicystyka
Jacek Czaputowicz: Małe exposé prezydenta Nawrockiego
Publicystyka
Zuzanna Dąbrowska: Edukacja zdrowotna bez seksu i bez sensu
Publicystyka
Marek A. Cichocki: Niemcy w sprawie Grenlandii rozgrywają własne interesy kosztem Polski
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama