W związku z felietonem pt. „Kuba, sprawa polska" pani Ireny Lasoty, opublikowanym w magazynie „Plus Minus" z 17/18 lipca br., chciałbym uzupełnić jego treść o kilka, niezbędnych moim zdaniem, informacji. Czytelnik wyżej wymienionego tekstu mógłby zrozumieć, że w latach 2001–2005, gdy byłem ambasadorem RP w Hawanie, nie zmieniła się moja kondycja oficera wywiadu PRL i spoczywa na mnie współodpowiedzialność za represje, znane pod nazwą „czarnej wiosny", które w marcu 2003 r. dotknęły 75 opozycjonistów kubańskich.

Pragnę uściślić, że w powyższym okresie byłem również oficerem wywiadu RP. W 1990 r. przeszedłem pozytywnie weryfikację, która nie miała charakteru symbolicznego, ponieważ 40 proc. weryfikowanych zostało usuniętych ze służby. W latach 1990–2007 pracowałem lojalnie, często z narażeniem życia i zdrowia, dla III RP w jej organach wywiadowczych.

Drugie uściślenie dotyczy moich relacji z opozycją kubańską i postawy wobec reżimu Fidela Castro. Opozycję popierałem aktywnie, co skutkowało szykanami i groźbami pod moim adresem ze strony władz. Prócz udokumentowanych faktów sabotowania sprzętu łącznościowego rezydencji i celowych uszkodzeń mojego samochodu służbowego doszło do niespotykanego w praktyce protokołu dyplomatycznego w odniesieniu do ambasadora zdarzenia. 19 listopada 2003 r. MSZ Kuby wystosowało notę grożącą uznaniem mnie za persona non grata. Wspieranie przeze mnie opozycjonistów określono w niej jako „akt służalczy przypodobania się interesom rządu USA w jego zadeklarowanej agresji przeciw naszemu państwu". Nota skutkowała zamrożeniem relacji naszej placówki z instytucjami kubańskimi.

Wśród licznych działań na rzecz opozycji wymienię na przykład operację zakupu przez ambasadę sprzętu poligraficznego wysokiej jakości, po czym jego przerzut, którym osobiście kierowałem, z Hawany do Pinar del Rio. Sprzęt ten umożliwił kontynuację wydawania drugoobiegowego pisma „Vitral" założonego przez znanego opozycjonistę Dagoberto Valdesa Hernandeza.

Postawa ta, na tle inercji większości placówek „wolnego świata", wyróżniała się na tyle, że Jim Cason, ówczesny szef Misji Interesów USA na Kubie, na piśmie stwierdził, że „gdyby pozostali ambasadorowie europejscy poczynali sobie tak odważnie jak Tomasz Turowski, władza miałaby znacznie większe problemy z pacyfikacją opozycji". Otrzymałem też inne wysokie oceny moich inicjatyw na rzecz opozycji ze strony unijnej i amerykańskiej.

Sądzę, że te niezbędne uwagi, zawarte w moim liście, pozwolą na merytoryczne uzupełnienie przywołanego na wstępie felietonu.