Edmund Klich definiuje swoją rolę:
Do akredytowanego nie należało badanie, tylko współpraca ze stroną rosyjską, wyciągnięcie jak najwięcej informacji.
Zdaniem byłego polskiego akredytowanego zaraz po katastrofie największym błędem było "wsparcie kraju dla tej grupy, która była w Smoleńsku i później w Moskwie":
Właściwie nie było żadnego wsparcia - ani prawniczego, ani innego. Kiedy przekazywaliśmy do kraju informacje, że nie otrzymujemy pewnych dokumentów, nie nagłaśniano problemu, że Rosjanie łamią ewidentnie załącznik 13., czyli porozumienie, które przyjęli, na które się zgodzili. To było ewidentne. (…) Przy lepszym wsparciu myślę, że przy politycznym wsparciu, przy rozmowach na innych szczeblach, więcej informacji moglibyśmy dostać.
Pytany przez Konrada Piaseckiego w "Kontrwywiadzie RMF FM", czy podziela zdanie prezydenta Bronisława Komorowskiego, że "państwo się sprawdziło", odparł:
Trudno mi oceniać… W każdym razie premier w czasie drugiego spotkania powiedział mi szczerze: "No, myśmy początkowo zapomnieli o Smoleńsku" - w sensie: o tych ludziach, którzy zajmują się badaniem tej katastrofy. Myślę, że to była prawda.
Edmund Klich podkreśla:
Były naciski na mnie, jeśli ja chciałem wyjechać, bo wiedziałem, że w tak trudnej sprawie sam pozostawiony bez tłumaczy nie mogę nic zrobić. (…) Miałem wrażenie, jeszcze w Smoleńsku po tym artykule w "Gazecie Wyborczej" chyba z 19 kwietnia i po tych telefonach od ministrów, żeby bardzo szybko dostać rozmowy w kabinie, że jest tendencja, żeby pokazać, że piloci zawinili, że piloci są głównymi odpowiedzialnymi.
Zresztą to się wpisuje w te sms-y, o których mówił pan generał Petelicki i innych, że jednak chyba taka koncepcja, że piloci i jakieś tam naciski, to będzie ta najlepsza koncepcja.