Chodzi o państwa wszystkich oceanów. Zalania przez wodę obawiają się między innymi karaibski Barbados, leżące na Oceanie Indyjskim Seszele, czy pacyficzne Kiribati i Tuvalu. Pomimo desperackich kroków zmierzających do zaalarmowania światowej opinii publicznej, jedynym krajem, który do tej pory zadeklarował gotowość do przyjęcia migrantów klimatycznych zmuszonych do opuszczenia ojczyzny z powodu jej zatopienia, jest – również wyspiarskie, ale zdecydowanie mniej zagrożone – Fidżi. W obliczu tak niewielkiego odzewu rządy malutkich państewek na wyspach i archipelagach rozważają rozmaite pomysły mające zaradzić problemowi. Najbardziej pomysłowe są właśnie Malediwy. Rząd tego kraju brał już pod uwagę budowę sztucznych, bardziej odpornych wysp, murów, polderów, a nawet wysp dryfujących na podobieństwo lilii wodnych.
Globalne ocieplenie to jednak nie tylko problem malutkich państewek na Karaibach, Pacyfiku i Oceanie Indyjskim. To także poważne konsekwencje dla rolnictwa. Katastrofalne w strefie międzyzwrotnikowej.
Bo w Polsce jest odwrotnie. Oczywiście należy przygotować się na poważne zmiany związane z bardziej niekorzystnym bilansem wodnym – szczególnie w pewnych regionach (Wielkopolska, Kujawy). Temu można jednak zapobiec poprzez sensowną gospodarkę wodną zarówno na poziomie państwowym jak i indywidualnych gospodarstw. Jedne odmiany mogą przynosić mniejsze plony, inne większe, jednak całościowo okres wegetacji wydłuży się nawet o ponad 100 dni w niektórych regionach. Szczególnie skorzystają na tym odmiany ciepłolubne i energetyczne. Możliwy będzie także dłuższy wypas zwierząt.
Dla naszego kraju globalne ocieplenie może być dobrym scenariuszem, o ile pozostaniemy elastyczni i będziemy potrafili się do niego przy<stosować, modyfikując uprawy i kulturę rolną. W końcu tak już tutaj kiedyś było – w czasach kiedy Hel był wyspą i na dużą skalę uprawiało się winorośl.
Każda zmiana ma dwa oblicza.