Atak wyglądał na na „masowy”. Nieznani sprawcy doprowadzili do zwarcia w stacji elektroenergetycznej w Bergheim koło Kolonii w Nadrenii Północnej-Westfalii na zachodzie Niemiec. W efekcie pięć bloków elektrowni RWE, opalanej wydobywanym w okolicy węglem brunatnym, zostało odłączonych od sieci. Siłownia o łącznej mocy 4200 megawatów (MW) zaspokaja ok. 10 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną w Niemczech.

Pięć bloków elektrowni, które zostały objęte awarią, jest stopniowo uruchamiane. Nie doszło jednak do przerwy w dostawie prądu dla konsumentów. Policja prowadzi dochodzenie w sprawie incydentu, uznając go za działanie umyślne. – Na podstawie obecnego stanu śledztwa nie zakładamy usterki technicznej, lecz raczej przestępstwo – powiedział rzecznik policji w Essen.

Czytaj więcej

Niemcy od dawna nie zareagowały tak ostro. Ale Putin może na tym skorzystać

Dzień wcześniej doszło do wyłączenia bloku B elektrowni węglowej Jänschwalde w południowej Brandenburgii. Przy stacji transformatorowej Turnow-Preilack znaleziono kilkadziesiąt improwizowanych urządzeń wybuchowych i zapalających, z których część na szczęście nie zadziałała. Sprawcy zdołali dokonać dwóch skutecznych ataków, co doprowadziło do uszkodzenia linii napowietrznej, zwarcia i krótkotrwałego wyłączenia linii, ale odbiorcy i w tym przypadku nie stracili energii, bowiem wykorzystano alternatywne połączenia, a następnie skorzystano ze źródeł odnawialnych.

I w tym przypadku sprawcy nie zostali ustaleni. Policja bierze pod uwagę działalność grup ekstremistycznych oraz udział „podmiotów zagranicznych”. Na obecnym etapie dochodzenia nie ma dowodów pozwalających wskazać konkretnych sprawców.

Sieci energetyczne są atakowane w Niemczech od wielu miesięcy

Zdaniem analityków działania były podobne do siebie i wymagały przygotowania technicznego, dlatego niemieckie służby traktują sprawę poważnie. W Niemczech od wielu miesięcy notowane są przypadki celowych ataków na sieci energetyczne. Wygląda to tak, jakby celowo sprawdzano podatność na ingerencję z zewnątrz.

Federalny Urząd Kryminalny wskazuje, że tylko w 2025 r. odnotowano 321 przypadków sabotażu wymierzonego w infrastrukturę krytyczną, w tym w sektor energetyczny. Co ciekawe, w większości przypadków nie ustalono kim byli sprawcy. Większość takich przypadków przypisuje się działalności organizacji lewackich. Zwykle niszczą one i podpalają węzłowe połączenia kabli.

Czytaj więcej

Rosyjska fala sabotażu w Europie. Polska najbardziej narażona

W styczniu, w trakcie kilku mroźnych dni, pożar mostu kablowego w Berlinie pozbawił prądu 50 tys. gospodarstw domowych, firm i instytucji publicznych. Do tego ataku przyznała się ekstremistyczna, anarchistyczna grupa Vulkangruppe, która w manifeście przekazanym władzom uznała za swoje cele „wyłączenie prądu rządzącym” oraz atak na „przemysł oparty na paliwach kopalnych”. Tyle że w liście tym pojawiły się błędy językowe, które mogły wskazywać na rosyjski ślad. Vulkangruppe od kilkunastu lat łączona była z podpaleniami i sabotażami infrastruktury krytycznej w Berlinie i Brandenburgii. Od 2011 roku przyznała się do 11 takich akcji.

Rosyjska propaganda: sprzeciw wobec polityki Warszawy

Wielu analityków łączy ataki z Niemiec ze zdarzeniami w Polsce, które niosą znamiona działań dywersyjnych. Chodzi o ostatnie podpalenie obiektu firmy, która produkuje bezzałogowce oraz magazynów z elementami do produkcji elementów do samolotów. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na to, co napisał na portalu X analityk Michał Marek. Wskazał on, że rosyjski i białoruski aparat dezinformacyjny komentuje kwestię podpalenia w zakładzie WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej i obarcza odpowiedzialnością Polaków. „To rzekomo obywatele RP dokonali dywersji, aby ograniczyć produkcję aparatów, które miałyby trafić na Ukrainę. Wydarzenie wykorzystano więc do wzmocnienia narracji o narastającym sprzeciwie Polaków względem polityki zagranicznej Warszawy – Polacy mają do tego stopnia sprzeciwiać się działaniom własnego państwa i Kijowa, iż decydują się na dywersje względem własnego przemysłu” – pisze analityk.

Czytaj więcej

Gigantyczny pożar w Gdyni był pomyłką? Tuż obok jest zakład firmy produkującej drony

To doskonale wpisuje się w narrację, którą budują niektórzy Niemcy. „Sami sobie jesteśmy winni, bo angażujemy się w konflikt na Ukrainie, przeciwko pokojowo nastawionej Rosji” –  brzmi wpis jednej z mieszkanek Düsseldorfu, który świetnie opisuje ten sposób myślenia.

Rosja wspiera organizacje, które sieją zamęt na Zachodzie

Rosja, a wcześniej Związek Sowiecki wielokrotnie stroiły się w piórka „gołąbka pokoju”. W czasach zimnej wojny ZSRR finansował oraz infiltrował ruchy pacyfistyczne i ekologiczne, do realizacji własnych celów, czyli niszczenia „zgniłego” Zachodu. Celem było osłabianie NATO.

Finansowane przez nich organizacje powiązane z ruchem antynuklearnym, najbardziej aktywne były w latach 70. i 80. XX wieku. Środki na ich działalność były przekazywane przez partie komunistyczne, inne organizacje lub, jak w przypadku Danii bezpośrednio przez oficerów KGB. Głównym celem było osłabianie woli obrony i budowanie wizerunku Moskwy jako „siły pokojowej”.

Co my możemy zrobić? Odpowiedź jest prosta: nie dać się rosyjskiej propagandzie i dezinformacji, a przede wszystkim wzmocnić ochronę infrastruktury krytycznej, także przez policję, która może monitorować takie obiekty. Przypomnę, że Wojska Obrony Terytorialnej wielokrotnie ćwiczyły właśnie takie elementy działania na czas W, czyli osłonę obiektów ważnych dla bezpieczeństwa państwa.