Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego napoje bezalkoholowe stały się liderem wzrostu cen i jak wpływa na to system kaucyjny.
  • Jakie są prognozy ekonomistów dotyczące inflacji sklepowej w perspektywie najbliższych miesięcy.
  • Jak rosnące koszty surowców, energii i transportu kształtują ostateczne ceny produktów w sklepach.

Choć z miesiąca na miesiąc wzrost cen żywności i chemii jest coraz wolniejszy – w lipcu było to 1,9 proc., po 2,7 proc. w czerwcu i 3,4 proc. w maju, to w przypadku napojów bezalkoholowych widać odwrotne zjawisko. W czerwcu były droższe w ujęciu rocznym o 3,2 proc., a w lipcu już o 5,6 proc. i są liderem wzrostu cen – wynika z cyklicznego badania „Indeks cen w sklepach”, autorstwa UCE Research oraz WSB Merito. „Rzeczpospolita” poznała wyniki jako pierwsza.

Foto: UCE, WSB Merito

System kaucyjny dokłada do cen napojów

Ekonomiści zauważają, że tempa wzrostu cen kategorii napojów nie da się nie powiązać z systemem kaucyjnym, który mocno zmienia zwyczaje zakupowe związane z tą kategorią. Jak podkreśla dr Marek Szymański, ekspert Uniwersytetu WSB Merito w obszarze ekonomii i finansów, napoje są obecnie pod presją kosztową związaną z zapowiadaną podwyżką „podatku cukrowego”, jednak istotniejszym czynnikiem mogą być koszty systemu kaucyjnego. – Sieci handlowe wprawdzie starają się go wykorzystać, żeby zwiększyć własną sprzedaż, jednak sprawna obsługa zwrotu opakowań jest kosztowna, więc możliwe, że delikatnie próbuje się je przerzucić na nabywców – mówi. – Dodatkowo proporcjonalnie transport wody sprzedawanej za 1 zł za kilogram jest kosztowniejszy niż transport makaronu po 4 zł za kilogram, więc jeśli gdziekolwiek wzrost cen oleju napędowego miał odbić się na cenach towarów, to pewnie w tej kategorii – podkreśla.

Czytaj więcej

Coca-Cola tłumaczy się z wpadki. Jej system personalizacji przepuszczał szokujące hasła

Dr Justyna Rybacka z WSB Merito ocenia, że na cenę napojów bezalkoholowych wpływ mają również takie czynniki jak rosnące koszty surowców, m.in. soków owocowych, cukru, energii i opakowań. – Droższe puszki, plastiki, szkło oraz transport podnoszą ostateczną kwotę w sklepie. Dodatkowo wzrostom cen w tej kategorii produktów sprzyja zwiększony popyt w okresie letnim – ocenia ekspertka. Jej zdaniem sytuacja bardzo podobnie ma się z chemią gospodarczą, wiceliderem wzrostu cen w obecnym „Indeksie”, z dynamiką 5,4 proc., gdzie proces produkcji jest energochłonny, a obok tego pojawia się kwestia opakowań i wyższych cen transportu.  

Ogółem ceny jednak rosną wolniej, zgodnie z badaniem, tylko żywności wzrosły w lipcu średnio o 1,2 proc. rdr., wobec 1,9 proc. w czerwcu i 2,4 proc. w maju. – Osłabienie dynamiki wzrostu cen żywności możemy uznać za sezonowe. Bieżący okres charakteryzował się większą podażą świeżych warzyw i owoców, to przekłada się zdecydowanie na niższe ceny i wyższą konkurencyjność między sklepami różnych formatów – ocenia dr Justyna Rybacka.

Inflacja sklepowa wyraźnie hamuje

Zdaniem ekonomistów poziom inflacji sklepowej w lipcu 2026 r. osiągnął najprawdopodobniej swoje historyczne minimum. – Inflacja na poziomie 1,9 proc. to wskaźnik, jaki chyba wszyscy chcielibyśmy widzieć przez dłuższy czas, jednak obawiam się, że nie powinniśmy się do niego przyzwyczajać – mówi dr Marek Szymański. – Z jednej strony ogólna inflacja GUS-owska jest nieco wyższa, a po drugie dane NBP wskazują na wyraźny wzrost zasobów pieniądza w gospodarce. Chociaż nie obserwujemy obecnie wzrostu zanotowanego na początku 2020 r., to z pewnością kilkunastoprocentowy wzrost zasobów pieniądza nie pozostanie bez wpływu na inflację w perspektywie kilkumiesięcznej przyszłości – uważa ekonomista.

Autorzy badania wskazują, że od jesieni 2025 ceny produkcji sprzedanej przemysłu spożywczego spadają (w maju 2025 było to 4 proc. mniej niż rok wcześniej). Daje to sieciom handlowym przestrzeń do utrzymywania relatywnie niskich cen. Handlowcy z tego oczywiście korzystają, gdyż żywność to podstawowa kategoria produktów kupowanych w sklepach detalicznych i jeśli czymś można przyciągnąć większą liczbę klientów, to właśnie ta kategoria sprawdza się najlepiej. Widać to na pierwszych stronach gazetek promocyjnych, gdzie na co dzień królują napoje, mięso i wędliny, warzywa, tłuszcze oraz owoce, choć w sierpniu większą rolę zaczynają odgrywać elementy wyprawki szkolnej.

Szacowane wydatki na szkolne wyprawki to 5-6 mld zł, a tylko w części pokrywa je państwo. W ramach programu Dobry Start rodzice otrzymują jednorazowo 300 zł na wyprawkę szkolną dla każdego uczącego się dziecka w szkole podstawowej, ale ponad połowa rodziców planuje przeznaczyć na wyprawkę więcej niż 500 zł, a co czwarty – ponad 700 zł – wynika z badania SW Research dla Empiku, które „Rzeczpospolita” poznała jako pierwsza. W lipcu w sklepach królują grille i akcesoria ogrodowe, ale w sierpniu ich miejsce zajmują zdecydowanie artykuły szkolne. To najgorętsza kategoria nawet do początku września, kiedy uczniowie ostatecznie dostają od nauczycieli wytyczne co i w jakiej ilości jest potrzebne na zajęcia.

Z badania Barometr Providenta wynika, że średnie wydatki na wyprawkę szkolną wyniosą w tym roku 617,40 zł na dziecko, co oznacza spadek o prawie 40 zł w porównaniu z rokiem ubiegłym. Autorzy opracowania podkreślają, że rodzice są bardziej ostrożni, częściej sięgają po oszczędności i planują zakupy z większym wyprzedzeniem – ale nie rezygnują z potrzeb dzieci.