RSV jest jedną z głównych przyczyn hospitalizacji niemowląt. Dlaczego mimo postępu medycyny wciąż stanowi tak duże wyzwanie?

RSV to bardzo specyficzny wirus, który atakuje drogi oddechowe. Oskrzeliki niemowląt są bardzo małe i wąskie, a kiedy pod wpływem wirusa ulegają dalszemu zwężeniu, oddychanie staje się utrudnione. RSV dotyka również osoby starsze, jednak obciążenie chorobą wśród niemowląt jest znacznie większe. Im młodsze dziecko, tym przebieg choroby bywa cięższy. Dlatego strategie profilaktyczne powinny koncentrować się właśnie na niemowlętach – odsetek hospitalizacji jest w ich przypadku wyższy niż w jakiejkolwiek innej grupie wiekowej. Z tego powodu dążymy do zapobiegania hospitalizacjom u niemowląt.

Czy to właśnie dlatego w 2025 roku w Czechach wprowadzono finansowaną ze środków publicznych nowoczesną profilaktykę przeciw RSV dla wszystkich noworodków i niemowląt w ich pierwszym sezonie infekcyjnym?

Tak, ponieważ nie istnieje szczepionka pediatryczna przeciw RSV. Zamiast tego stosujemy immunizację bierną, co oznacza, że chronimy niemowlęta za pomocą przeciwciał swoistych dla RSV. Można to zrobić na dwa sposoby: albo poprzez zaszczepienie matki, która wytwarza przeciwciała i przekazuje je dziecku, albo poprzez ich bezpośrednie podanie niemowlęciu. Obie metody są bardzo skuteczne, dlatego w naszym kraju rekomendujemy jedną i drugą. Jednak obecnie refundacja obejmuje jedynie immunizację bierną poprzez bezpośrednie podanie przeciwciał niemowlętom. Nie mamy możliwości immunizacji kobiet w ciąży, ponieważ nasz system ochrony zdrowia nie refunduje szczepień w trakcie ciąży.

Skąd wziął się pomysł, by w taki sposób ukształtować system? Czy decydowała przede wszystkim opłacalność kosztowa, czy raczej chęć zapewnienia lepszej ochrony populacji?

Przeprowadziliśmy analizę opłacalności i nasza krajowa agencja jednoznacznie potwierdziła, że takie podejście jest efektywne kosztowo. To właśnie ta ocena była kluczowa – bez refundacji nie bylibyśmy w stanie zapewnić tej formy ochrony. Przedstawiliśmy zarówno dane międzynarodowe, jak i własne dane krajowe, a na ich podstawie organ regulacyjny zatwierdził finansowanie programu. Dzięki temu udało się zabezpieczyć środki, a my – jako towarzystwo naukowe – mogliśmy wydać rekomendacje eksperckie. Dziś ubezpieczyciele pokrywają koszty świadczeń realizowanych przez pediatrów, szpitale i innych świadczeniodawców. To właśnie ten mechanizm przesądza o powodzeniu całego programu – bez niego jego wdrożenie nie byłoby możliwe.

Czytaj więcej

Choroby zakaźne wracają. Kilkukrotny wzrost liczby przypadków WZW typu A

Czy widać już ekonomiczne efekty tego rozwiązania?

Na razie jest na to za wcześnie. To dopiero pierwszy sezon funkcjonowania programu, który rozpoczął się w październiku 2025 roku. Nie mamy też pewności, czy obecny system nadzoru pozwoli uchwycić najwcześniejsze rezultaty. Zakładamy jednak, że pierwsze efekty będzie można zaobserwować w niedalekiej przyszłości – być może jeszcze w trakcie tego sezonu. Na wyciąganie ostatecznych wniosków trzeba jednak jeszcze poczekać.

Czechy mają obecnie najwyższy poziom objęcia ochroną przeciw RSV w regionie, prawda?

Tak, poziom wyszczepienia – a właściwie objęcia immunizacją – jest stosunkowo wysoki. W pierwszym sezonie wyniósł około 60 procent, co uznajemy za sukces. Oczywiście mógłby być wyższy, ale na początku spodziewaliśmy się niższego wyniku, więc to bardzo pozytywny rezultat.

Czy uważa pan, że nowoczesna profilaktyka RSV dla wszystkich niemowląt w pierwszym sezonie życia to kierunek, w którym powinny zmierzać wszystkie kraje europejskie?

Popierałbym ujednolicenie europejskiego kalendarza szczepień lub wspólną politykę w tym zakresie, bo mogłoby to być bardzo pomocne. Nie jestem jednak pewien, czy wprowadzenie takiego rozwiązania byłoby realne. W przypadku RSV kraje stosują różne strategie – jedne opierają się na szczepieniach, inne na przeciwciałach monoklonalnych, a jeszcze inne łączą oba podejścia. Każde z tych rozwiązań może być skuteczne, dlatego poszczególne państwa powinny wybierać model najlepiej dopasowany do swojej sytuacji. Na przykład w Hiszpanii, a także we Włoszech, bardzo dobrze sprawdza się stosowanie wyłącznie przeciwciał monoklonalnych. Z kolei w Anglii czy Argentynie skuteczna jest strategia oparta na szczepieniach. W Stanach Zjednoczonych stosuje się oba podejścia równolegle. W mojej ocenie również u nas model mieszany przyniesie najlepsze efekty. Kluczowe jest to, by każde państwo znalazło swój sposób na osiągnięcie jak najwyższego poziomu objęcia ochroną. Jeśli można go uzyskać wyłącznie dzięki przeciwciałom monoklonalnym – to w pełni wystarczające rozwiązanie. Nie sądzę natomiast, by same szczepienia pozwoliły osiągnąć wysoki poziom ochrony, głównie ze względu na sezonowość wirusa. Kluczowym wyzwaniem jest odpowiedni moment podania. Przykładowo – szczepienie kobiet, które rodzą w czerwcu, lipcu czy sierpniu, jest mniej efektywne. Ochrona pojawia się wtedy, gdy wirus nie krąży, a odporność może osłabnąć, zanim zacznie się sezon infekcyjny. Dlatego zarządzanie czasem w przypadku szczepień jest znacznie trudniejsze. Moim zdaniem bardzo trudno byłoby objąć całą kohortę urodzeń skuteczną ochroną wyłącznie poprzez szczepienia. Z tego względu rekomendowałbym raczej podejście łączone albo oparte na przeciwciałach monoklonalnych.

Czytaj więcej

GIF podsumowuje sezon infekcyjny. Polacy wykonali 2,3 mln szczepień

Co wyróżnia czeski system szczepień dzieci na tle innych krajów Europy?

Nasz system jest dość złożony. Część szczepień jest obowiązkowa i w pełni refundowana. Inne są zalecane i również refundowane. Są też takie, które są zalecane, ale nieobjęte refundacją. Natomiast poziom wyszczepienia wyraźnie zależy od tego, czy dane szczepienie jest finansowane – najwyższy jest w przypadku szczepień obowiązkowych. Przy szczepieniach refundowanych, takich jak przeciw HPV, pneumokokom czy meningokokom u dzieci, jest nieco niższy, ale nadal stosunkowo wysoki. Natomiast przy szczepieniach zalecanych, ale nierefundowanych, jest bardzo niski, ponieważ rodzice muszą pokrywać koszty z własnej kieszeni. Co ciekawe, część z tych szczepień ma duże znaczenie zdrowotne. Dotyczy to m.in. szczepień przeciw rotawirusom, grypie czy kleszczowemu zapaleniu mózgu. Obecnie mierzymy się także z istotnym wzrostem zachorowań na WZW typu A, a mimo to szczepienia nie są refundowane ani dla dzieci, ani dla dorosłych. W efekcie cały system jest dość skomplikowany, choć niektóre jego elementy funkcjonują dobrze.

Które elementy funkcjonują lepiej?

Pacjent nie musi iść do apteki, żeby kupić szczepionkę, a potem wracać do lekarza, żeby ją przyjąć. Cały proces szczepień w Czechach jest bardziej zorganizowany. Nadal jednak mamy sporo do poprawy. Widzę na przykład, że w Polsce szczepienia przeciw grypie dla dzieci są refundowane, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Mimo to poziom wyszczepienia pozostaje niski – podobnie jak w Czechach. Widać więc, że mierzymy się z podobnymi wyzwaniami. Mogą się one nieco różnić, ale oba kraje wciąż mają wiele do zrobienia. W Czechach dodatkowo zmagamy się z silnym ruchem antyszczepionkowym.

Wydaje mi się, że w Polsce również funkcjonuje mocny ruch antyszczepionkowy i dlatego stoimy dziś przed dużymi wyzwaniami w obszarze szczepień.

Tak, chociaż wy przynajmniej podejmujecie działania, by edukować swoich polityków. U nas sytuacja jest wręcz odwrotna. W parlamencie mamy przedstawicieli ruchów antyszczepionkowych, którzy publicznie rozpowszechniają dezinformację. Mówią, że szczepionki są niebezpieczne albo że wpływają negatywnie na płodność. Taka narracja jest obecnie bardzo silna, zarówno w parlamencie, jak i w rządzie.

Niedawno uczestniczył pan w Vaccine Meeting 2026 w polskim parlamencie. Jakie były najważniejsze wnioski, które pan wyciągnął z tego spotkania?

Dla mnie najistotniejsze jest to, że takie spotkania w ogóle są organizowane w parlamencie. Kluczowe jest bezpośrednie angażowanie decydentów i pokazywanie im, jak można usprawnić system oraz w jakim kierunku należy go rozwijać. To uważam za najważniejszy wniosek z tej dyskusji.