W sobotę mija 83. rocznica kulminacji zbrodni, w wyniku której w latach 40. XX wieku nacjonaliści z OUN-B i UPA, wspierani przez część miejscowej ludności ukraińskiej, zamordowali na Wołyniu i w Galicji Wschodniej – według uśrednionych szacunków – ok. 100 tys. polskich mężczyzn, kobiet i dzieci. Postępowania karne w tej sprawie, które są decydujące dla prawnego rozliczenia tej zbrodni, prowadzi Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Największe z nich, dotyczące śmierci kilkudziesięciu tysięcy osób na Wołyniu, toczy się w lubelskim oddziale IPN.
Czytaj więcej
Dla izraelskich historyków nasz kult wyklętych jest nie do zaakceptowania, tak jak dla nas nie do zaakceptowania jest kult Bandery.
Śledztwo zatrzymuje się na ukraińskich archiwach
– Śledztwo ma wyjaśnić genezę ludobójstwa dokonanego na ludności polskiej, wszystkie istotne okoliczności jego popełnienia, ustalić straty osobowe i materialne, a także wskazać osoby odpowiedzialne za zaplanowanie, przygotowanie i przeprowadzenie tej zbrodni – podkreśla w rozmowie z „Rz” prok. Jacek Nowakowski, który kieruje Oddziałową Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie.
Realizacja tego celu zależy jednak nie tylko od materiałów zgromadzonych w Polsce. W sprawie zbrodni popełnionej na terenach dawnej II RP – od września 1939 r. okupowanych najpierw przez ZSRS, a następnie przez III Rzeszę, a które po wojnie znalazły się poza obecnymi granicami państwa polskiego – istotne znaczenie mają także archiwa ukraińskie. To np. dokumenty dawnych organów bezpieczeństwa lub materiały z powojennych postępowań wobec członków OUN-UPA. Niestety, w tym właśnie miejscu polskie śledztwo natrafia na jedną z najpoważniejszych barier.
– Od 27 listopada 2000 r., to jest ponownego podjęcia śledztwa z zawieszenia, do chwili obecnej skierowano do organów wymiaru sprawiedliwości Ukrainy dziewięć wniosków o udzielenie międzynarodowej pomocy prawnej. Do 2016 r. rekwizycje realizowane były bez większych zastrzeżeń – mówi prok. Nowakowski i podkreśla, że od 2016 r. współpraca prawna z Ukrainą praktycznie przestaje istnieć. Wnioski dotyczyły głównie pozyskania materiałów z ukraińskich archiwów, w tym archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), a także przesłuchań świadków.
Czytaj więcej
Z okazji 83. rocznicy „krwawej niedzieli” publikujemy fragment książki „Gry pamięcią”, w której Andrzej Brzeziecki rozmawia z profesorem Grzegorzem...
Kijów zasłania się bezpieczeństwem i interesem państwa
Prokuratorzy występowali m.in. o dokumenty dotyczące działalności OUN-UPA, akta spraw karnych osób skazanych za przestępstwa na ludności polskiej oraz informacje o datach i miejscach śmierci głównych działaczy tej formacji. Początkowo strona ukraińska wyjaśniała, że dokumentów nie ma albo że są przenoszone do ukraińskiego IPN. Później zaczęły się pojawiać odmowy, z których wynikało, że udzielenie pomocy prawnej w tych sprawach mogłoby zaszkodzić suwerenności, bezpieczeństwu lub interesom narodowym Ukrainy.
Jednym z dokumentów, o które zabiegała polska strona, był raport o działalności OUN-UPA z 30 lipca 1993 r., przygotowany przez SBU na podstawie decyzji Rady Najwyższej Ukrainy. Jednak z oświadczenia archiwistów z SBU wynikało, że tego raportu nie zdołano odnaleźć. Przekazano natomiast kserokopie dokumentów archiwalnych, które – według strony ukraińskiej – mogły być wykorzystane przy jego przygotowaniu.
– Ogólne przesłanie tych dokumentów zawiera się w tezie, że stroną ofensywną byli Polacy wspomagani przez Niemców, a na Wołyniu toczyła się wojna partyzancka między polsko-niemieckimi bandami a UPA – mówi „Rz” prok. Piotr Zając, prowadzący główne śledztwo wołyńskie. Sprawa raportu SBU jest tym bardziej znacząca dla polsko-ukraińskiego sporu o pamięć, że dokument będący chłodną i zwięzłą analizą działalności ukraińskich nacjonalistów, którego – według ukraińskiego archiwum – rzekomo nie odnaleziono, został opublikowany przez ukraińskie środowiska naukowe i archiwalne w 2005 r.
Czytaj więcej
Bohaterów za Ukraińców nie wybierzemy. Ale nie jesteśmy też skazani na bierność. Możemy tworzyć warunki, w których sami będą gotowi wybierać lepiej...
Umowa polsko-ukraińska z 1993 r.
Innym przykładem jest odmowa nawet w tak – wydawałoby się – prozaicznej sprawie jak ustalenie dat i miejsc śmierci głównych działaczy OUN-UPA. 14 lipca 2020 r. strona polska wystąpiła m.in. o takie informacje, a także o odpisy aktów zgonu lub inną dokumentację potwierdzającą zgon, w tym wytworzoną przez organy bezpieczeństwa albo wojskowe byłego ZSRS. W styczniu 2021 r. Biuro Prokuratora Generalnego Ukrainy odmówiło udzielenia pomocy. Powołało się na art. 2 Europejskiej Konwencji o pomocy w sprawach karnych z 1959 r., argumentując, że realizacja wniosku mogłaby zaszkodzić wspomnianej już suwerenności, bezpieczeństwu, porządkowi publicznemu oraz innym istotnym interesom Ukrainy.
Z prawnego punktu widzenia sprawy tej nie da się zredukować do prostej odmowy wykonania obowiązku. Umowa polsko-ukraińska z 1993 r. przewiduje bowiem, że pomocy prawnej nie udziela się, jeżeli mogłaby ona naruszać suwerenność lub bezpieczeństwo państwa wezwanego albo pozostawać w sprzeczności z podstawowymi zasadami jego prawa. Co istotne, o tym, czy taka przesłanka zachodzi, decyduje państwo, do którego skierowano wniosek. Problem polega jednak na tym, że Ukraina stosuje tę klauzulę także wobec materiałów dotyczących zbrodni sprzed już ponad 80 lat.
opinia dla „Rzeczpospolitej”
Tomasz Turejko, radca prawny, autor książki „Zbrodnia wołyńska w świetle prawa międzynarodowego”
W mojej ocenie w analizie prawnokarnej zbrodni wołyńskiej polskie obywatelstwo sprawców i ofiar nie ma większego znaczenia. Z punktu widzenia prawa karnego kluczowa jest przede wszystkim zasada terytorialności. Zarówno kodeks karny z 1932 r., obowiązujący na terytorium okupowanego państwa polskiego także w okresie II wojny światowej, jak i współczesne polskie prawo karne przyjmują, że przestępstwa popełnione na terytorium państwa polskiego co do zasady podlegają jurysdykcji polskich organów ścigania. Oznacza to, że polskie organy miały i mają prawo zajmować się tymi czynami niezależnie od obywatelstwa sprawców. Jeżeli cudzoziemiec popełnia przestępstwo w Polsce, to ściga go polski prokurator i sądzi polski sąd. Obywatelstwo może mieć większe znaczenie wtedy, gdy czyn został popełniony poza granicami państwa polskiego. W przypadku Wołynia mówimy jednak o terytorium II Rzeczypospolitej, więc ten argument nie podważa polskiej jurysdykcji.
Inną kwestią jest sama kwalifikacja zbrodni wołyńskiej jako ludobójstwa. Trzeba pamiętać, że Konwencja ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa pochodzi z 1948 r., a główna fala zbrodni wołyńskiej to lata 1943-1944. Prawo nie działa wstecz. Gdyby więc hipotetycznie dziś ujęto konkretnego sprawcę, nie można byłoby go skazać za ludobójstwo na podstawie przepisów, które jeszcze wtedy nie obowiązywały. Odpowiadałby raczej za czyny zabronione według ówczesnego prawa, przede wszystkim za zabójstwa na podstawie kodeksu karnego z 1932 r.
Nie zmienia to jednak oceny, że zbrodnia wołyńska wypełnia współczesne znamiona zbrodni ludobójstwa. Jej istotą było dążenie do fizycznego zniszczenia Polaków jako grupy narodowej na określonym terytorium – Wołyniu i w Galicji Wschodniej, czyli na obszarach, które ukraińscy nacjonaliści uznawali za część przyszłego państwa ukraińskiego. Chodziło o usunięcie grupy narodowej jako takiej. Obywatelstwo ofiar i sprawców nie ma w tym kontekście znaczenia. Grupa narodowa nie jest tym samym co obywatelstwo. Obywatelstwo to więź prawna między jednostką a państwem, natomiast przynależność narodowa ma inny charakter. Można być polskim obywatelem i nie być osobą narodowości polskiej. Można też być Polakiem i nie mieć polskiego obywatelstwa. Dlatego fakt, że sprawcy i ofiary zbrodni wołyńskiej byli obywatelami II Rzeczypospolitej, nie wpływa na kwalifikację prawną zbrodni.
Wspólne obywatelstwo bez znaczenia dla oceny prawnej
Mimo że zbrodnia wołyńsko-galicyjska dotyczy relacji polsko-ukraińskich, może być też opisywana jako zbrodnia dokonana w obrębie wspólnoty obywatelskiej II Rzeczypospolitej, bo zarówno ukraińscy sprawcy, jak i polskie ofiary, przed upadkiem II Rzeczypospolitej żyli w jej porządku prawnym. W debacie publicznej na ten temat pojawiły się nawet głosy, że z tego powodu może to ułatwić prawne rozliczenie zbrodni. Nie przesądza to jednak ani o kwalifikacji prawnej tej zbrodni jako ludobójstwa, ani o odpowiedzialności współczesnego państwa ukraińskiego.
Czytaj więcej
Zarówno ofiary rzezi wołyńskiej, jak i ich mordercy – Ukraińcy z UPA – byli obywatelami II Rzeczypospolitej. Wszyscy mieli dokumenty z polskim orze...
Chodzi o to, że obywatelstwo sprawcy i ofiary w chwili popełnienia zbrodni nie decyduje o jej kwalifikacji prawnej. – Tożsamość obywatelstwa sprawców i ofiar w inkryminowanym czasie nie ma znaczenia dla oceny prawnej zdarzeń – wyjaśnia prok. Nowakowski. To oznacza, że dla oceny, czy doszło do ludobójstwa albo innej zbrodni międzynarodowej, kluczowe – zgodnie zresztą z Konwencją ONZ z 1948 r., jak i art. 118 polskiego kodeksu karnego – jest m.in. to, jaki czyn popełniono, przeciwko komu ten czyn był wymierzony i z jakim zamiarem działał sprawca.
Co więcej, nadmierne akcentowanie wspólnego obywatelstwa sprawców i ofiar, z czym zresztą można spotkać się wśród ukraińskich apologetów OUN-UPA, bywa wykorzystywane do osłabienia kwalifikacji prawnej zbrodni. Bo ludobójstwo nie polega na ataku na współobywateli jako takich, lecz na zamiarze zniszczenia w całości lub w części grupy chronionej, a więc narodowej, etnicznej, rasowej albo religijnej. Przy analizie zbrodni wołyńsko-galicyjskiej podstawowe znaczenie ma więc nie fakt, że sprawcy i ofiary funkcjonowali wcześniej w jednym porządku prawnym II RP, lecz to, że ofiary były zabijane z powodu przynależności do polskiej grupy narodowej. Potwierdzają to także analizy prowadzone z perspektywy prawa międzynarodowego.
Na krytykę zasługuje także argument ze strony niektórych historyków ukraińskich, w tym np. byłego szefa ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, że na Wołyniu miało dojść do zbrodni wojennej. W ocenie prokuratorów IPN argument ten odwołuje się bowiem do kategorii prawa międzynarodowego publicznego, w którym w realiach lat 40. stronami konfliktu pozostawały przede wszystkim suwerenne państwa. Tymczasem Polska miała wówczas ciągłość państwową reprezentowaną przez rząd na uchodźstwie, natomiast o państwowości ukraińskiej można mówić dopiero od 1991 r.
Czytaj więcej
Jestem zaskoczony stopniem nastrojów antypolskich w Ukrainie: zajmuję się stosunkami dwustronnymi od 20 lat, ale nigdy wcześniej niczego podobnego...
Sprawcy poza zasięgiem procesu
Nie oznacza to, że w polskim śledztwie nie wskazano osób i struktur odpowiedzialnych za zbrodnię. Z ustaleń IPN wynika, że antypolska akcja na Wołyniu została zaplanowana i przygotowana przez polityczne oraz wojskowe kierownictwo OUN-UPA, a wykonana przez podporządkowane im oddziały zbrojne oraz zaagitowaną do tych działań miejscową ludność ukraińską. I tak w materiałach śledztwa pojawiają się m.in. Roman Szuchewycz, Dmytro Kljaczkiwskyj (osławiony „Kłym Sawur”), Iwan Łytwynczuk, Petro Olijnyk, Mykoła Arsenicz, Iwan Kłymczak, Dmytro Koryneć, Dmytro Kałyniuk, Iwan Kłymyszyn, Wasyl Sydor i Mykoła Łebed. Ich nazwiska są istotne nie tylko dla akt postępowania, ale także dla polskiej pamięci o zbrodni, szczególnie dlatego, że w Ukrainie część z nich bywa przedstawiana jako bohaterowie walki ze Związkiem Sowieckim.
Z punktu widzenia procesu karnego podstawowa przeszkoda ma jednak charakter biologiczny. – Postawienie przed sądem przywódców OUN-UPA nie jest możliwe, gdyż wszyscy, wobec których można by formułować zarzuty, już nie żyją – podsumowują prokuratorzy IPN.
Podobny problem dotyczy wielu bezpośrednich wykonawców zbrodni. Po kilkudziesięciu latach ich identyfikacja jest często niemożliwa, bo ocaleni widzieli napastników z daleka albo wcale, ukrywali się w kryjówkach, zbożu lub lesie, a sprawcy nie zawsze pochodzili z tej samej miejscowości co ofiary. Dlatego śledztwo IPN ma dziś przede wszystkim znaczenie dokumentacyjne, historyczne i prawne: pozwala ustalać mechanizm zbrodni, skalę ofiar, odpowiedzialne struktury i osoby, choć nie prowadzi do klasycznego procesu karnego przeciwko sprawcom. Ma to znaczenie także dla rodzin ofiar, dla których ustalenia śledztwa nie są wyłącznie oceną prawną, lecz szansą na przywrócenie imion, miejsc i okoliczności śmierci bliskich. Bez ekshumacji i identyfikacji pełna dokumentacja zbrodni pozostanie niepełna, także w najbardziej podstawowym, ludzkim wymiarze.