Studenci nierzadko decydują się na wybór kierunku, bo są zainteresowani konkretną specjalizacją. W trakcie studiów okazuje się jednak, że uczelnia jej nie otwiera, bo zgłosiło się na nią za mało chętnych.
Tak jest np. na Uniwersytecie Gdańskim. W zeszłym roku akademickim na administracji nie zostały uruchomione dwie z siedmiu specjalności. Zdarzało się to też na innych kierunkach.
Również każdego roku na Uniwersytecie w Białymstoku część specjalności nie jest uruchamiana.
– Na przykład na chemii pierwszego stopnia w ubiegłym roku z trzech proponowanych specjalności ruszyła tylko jedna – chemia medyczna, bo na drugą (chemię ogólną) było zaledwie dziesięciu chętnych, a na trzecią (chemia żywności) nie zgłosił się nikt – mówi Katarzyna Dziedzik, rzecznik prasowy Uniwersytetu w Białymstoku.
Z problemem niedoboru chętnych spotyka się także Akademia Wychowania Fizycznego i Sportu im. Jędrzeja Śniadeckiego w Gdańsku. W bieżącym roku akademickim nie zostały uruchomione m.in. takie specjalności, jak turystyka kulturowa czy rekreacja ruchowa – tenis na kierunku turystyka i rekreacja.
Jak podkreślają władze uczelni, kandydaci na studia są informowani, że specjalizacja może nie zostać otwarta.
– W materiałach reklamowych przy specjalnościach zamieszczony jest zapis, że ich uruchomienie uwarunkowane jest liczbą zadeklarowanych na te specjalność studentów. To zgodne z przepisami obowiązującymi na naszej uczelni. Studenci zapisują się na specjalności dopiero po przyjęciu na studia – wyjaśnia dr Beata Czechowska-Derkacz, rzecznik prasowy Uniwersytetu Gdańskiego.
– To bardzo sprytny zabieg. W ten sposób można przyciągnąć na uczelnię więcej chętnych – ocenia Mateusz Mrozek, przewodniczący Parlamentu Studentów RP. I dodaje, że student ma wówczas związane ręce. Program studiów, w tym oferowane przez uczelnie specjalizacje, nie stanowi bowiem części umowy podpisywanej przez studentów. Nie można więc rozliczyć szkoły z jego realizacji. Ustawa – Prawo o szkolnictwie wyższym stanowi jedynie o obligatoryjności umów student–uczelnia w zakresie warunków odpłatności za studia.
– Należałoby to zmienić, bo student powinien mieć pewność, że uczelnia nie zrezygnuje z deklarowanych na początku zajęć na studiach z powodu oszczędności spowodowanych np. niżem demograficznym lub kłopotami finansowymi – mówi Mateusz Mrozek. I dodaje, że studenci powinni mieć możliwość odzyskania pieniędzy za nierzetelnie realizowany program studiów.