Gdy w maju 2024 r. Aleksander Miszalski objął urząd prezydenta Krakowa, mało kto byłby w stanie przewidzieć, że jego kadencja potrwa jedynie dwa lata. Rosnący dług, kontrowersje wokół sposobu wdrażania Strefy Czystego Transportu oraz poczucie niespełnionych obietnic sprawiły, że w wyniku referendum prezydent został odwołany.
27 września 2026 r. odbyła się pierwsza tura przedterminowych wyborów. Najwyższy wynik osiągnął Łukasz Gibała – lokalny i niezwiązany z żadną opcją polityczną działacz. Dobry rezultat (36,4 proc.) nie jest zaskoczeniem – polityk już w 2024 r. otarł się o fotel prezydenta, zdobywając w II turze wyborów 49 proc. poparcia. Dalsze miejsca przypadły: Monice Piątkowskiej wspieranej przez Koalicję Obywatelską i PSL (29,9 proc.), Michałowi Drewnickiemu z PiS (17,5 proc.), Aleksandrze Owcy z Partii Razem (6,9 proc.) oraz Darii Gosek-Popiołek z Nowej Lewicy (4,8 proc.). Druga tura ma odbyć się już 11 października, czyli w najbliższą niedzielę.
Czytaj więcej
Cztery postępowania w trybie wyborczym odbyły się dotąd w krakowskim sądzie okręgowym w związku z wypowiedziami, jakie padły z ust kandydatów na pr...
Wyniki z pierwszej tury są analizowane przez komentatorów od prawa do lewa. Jak zauważa w rozmowie z „Rzeczpospolitą” dr Karol Wałachowski z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, takie wydarzenia wzbudzają ogromne emocje, ponieważ to jedyny realny test między krajowymi elekcjami. Ekspert przestrzega jednak przed bezrefleksyjnym wyciąganiem wniosków, ponieważ wbrew temu, jak są często traktowane takie wybory, nie są one twardym sondażem ogólnokrajowych trendów i nastrojów. Podobnego zdania jest prof. Adam Gendźwiłł z UW.
– Zalecałbym daleko idącą ostrożność. Wybory lokalne, zwłaszcza te uzupełniające czy odbywające się w połowie kadencji, przypominają amerykańskie midterms. Rządzą się własną dynamiką: mają niższą frekwencję, idzie do nich najbardziej zmobilizowany elektorat, który często po prostu chce wyładować negatywne emocje wobec rządu. Elektorat z takich wyborów w jednym mieście absolutnie nie jest reprezentatywny dla całej Polski. Kraków to nie jest Polska w pigułce – komentuje.
Kto zostanie prezydentem Krakowa? Wybory samorządowe potrafią zaskoczyć
Choć przyzwyczailiśmy się do dzielenia różnych regionów na „pisowskie”, „lewicowe” czy „liberalne”, to wyborcza rzeczywistość potrafi zaskoczyć. Mamy w Polsce wiele przykładów miast, które w wyborach na prezydenta miasta zagłosowały inaczej, niż sugerowałyby to wyniki wyborów parlamentarnych. Widać to szczególnie w kilku tzw. bastionach PiS. W 2023 r. PiS uzyskał w Zamościu w wyborach do parlamentu 42,1 proc. poparcia. Mimo to prezydentem miasta jest Rafał Zwolak, niezależny samorządowiec, który w II turze pokonał Andrzeja Wnuka z poparciem PiS.
Co kluczowe, przykład ten nie jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Kandydaci ze środowiska Koalicji Obywatelskiej pokonali kandydatów PiS w Białej Podlaskiej, Radomiu, Rzeszowie, Kielcach, Tarnowie, Zduńskiej Woli i Nowym Sączu. W Białej Podlaskiej i Nowym Sączu kandydatowi wspieranemu przez KO udało się wygrać już w pierwszej turze, a mówimy o miastach, gdzie PiS zdobył kolejno 41 oraz 43 proc. w wyborach parlamentarnych. Odwrócenia od PiS nie było także widać w trakcie wyborów prezydenckich – Karol Nawrocki wygrał tam ze sporą przewagą. Czyli wynik samorządowców nie jest wynikiem nagłej zmiany poglądów.
Czytaj więcej
W Krakowie największe szanse na prezydenturę ma zwycięzca pierwszej tury wyborów Łukasz Gibała. Nawet w KO politycy przyznają, że Monika Piątkowska...
Szereg miast PiS utracił na rzecz niezależnych od partii polityków. Taka sytuacja miała miejsce nie tylko w Zamościu, ale również w Zakopanem, Przemyślu czy Starachowicach. W tych ostatnich niezależny Marek Materek zdobył w pierwszej turze aż 66,1 proc. głosów. Kandydatka PiS mogła pochwalić się poparciem na poziomie zaledwie 15,2 proc. Pół roku wcześniej wybory w Starachowicach wygrał PiS z wynikiem 38,3 proc.
Ciekawymi przykładami są także Bełchatów oraz Ciechanów. W 2023 r. na PiS w tych miastach zagłosowało kolejno 42 oraz 39 proc. wyborców (co w obu przypadkach dawało zdecydowaną przewagę). Mimo to w żadnej z tych miejscowości nie rządzi polityk wspierany przez Jarosława Kaczyńskiego. Wybory w Bełchatowie wygrał poparty przez Konfederację Patryk Marjan. W Ciechanowie w wyborach startował tylko jeden kandydat – Krzysztof Kosiński z PSL. Inne partie nawet nie podjęły rękawicy. Polityk PSL może pochwalić się ponad 80-procentowym poparciem.
We Włocławku, gdzie KO zdobyła 35,7 proc., jej kandydat zdecydowanie przegrał z Krzysztofem Kukuckim z Nowej Lewicy – uzyskał 41,4 proc. poparcia w pierwszej turze oraz 56,3 proc. w drugiej. Przegrał kandydat z KO, czyli partii, która w mieście cieszy się największym poparciem. Popularność lokalnego włodarza nie przełożyła się jednak na poparcie dla lewicowych kandydatów na urząd Prezydenta RP. W 2025 r. Magdalena Biejat i Adrian Zandberg nie zdobyli łącznie nawet 10 proc. poparcia wśród wyborców z Włocławka.
Co warto zaznaczyć, że zjawiskiem przegranych w wyborczych bastionach, nie mierzy się tylko PiS. Sztandarowym przykładem może być dziś Gdynia, gdzie Tadeusz Szemiot z KO przegrał z niezależną Aleksandrą Kosiorek. Mówimy o mieście, w którym KO zdobyła 47 proc. głosów, a już w pierwszej turze wyborów prezydenckich Rafał Trzaskowski przekonał 47 proc. wyborców. KO nie udało się także wygrać wyścigu o fotel prezydenta w takich miastach jak Inowrocław, Gorzów Wielkopolski czy Ostrów Wielkopolski, czyli miejscach, gdzie KO zdobyła w 2023 r. ok. 40 proc. głosów.
Czytaj więcej
Najnowszy sondaż przynosi niekorzystną zmianę dla obecnego obozu rządzącego. KO i Lewica straciłyby większość, a przewagę w Sejmie mogłyby uzyskać...
Ciekawym przykładem jest Szczecin. Rządzi tam Piotr Krzystek. Choć to były członek PO, trudno nazwać go lojalnym sojusznikiem. Polityk wygrał wybory już w pierwszej turze, uzyskując imponujące 60,4 proc. Co prawda mógł on liczyć na poparcie KO, choć to postrzegać należy raczej jako brak chęci do podjęcia nierównej walki. W 2018 r. Krzystek z łatwością pokonał Sławomira Nitrasa, który odpadł w pierwszej turze. Jeśli takie nazwisko nie pozwoliło wygrać wyścigu o ratusz, to trudno się dziwić, że KO postanowiła wybrać taktyczny sojusz, aby móc uzyskać ograniczone korzyści. W 2024 r. na KO zagłosowało 44 proc. wyborców w Szczecinie.
Dlaczego PiS nie potrafi wygrywać w samorządach?
O ile łatwo znaleźć przykłady bastionów PiS, gdzie wygrywają kandydaci niezależni lub związani z Koalicją Obywatelską, oraz bastiony KO, gdzie wygrywają bezpartyjni politycy, to nie ma za bardzo przypadków zdobywania liberalnych bastionów przez PiS. Wyjątkiem może być jedynie Otwock, gdzie w pierwszej turze ze zdecydowaną przewagą wygrał kojarzony z PiS Jarosław Margielski (zdobywając imponujące 76 proc. głosów). W 2023 r. Koalicja 15 Października zdobyła tam ok. 55 proc.
Z czego wynika trudność, z jaką PiS walczy o fotele prezydentów miast? Prof. Adam Gendźwiłł uważa, że o ile PiS ma świetnie rozbudowane struktury w mniejszych gminach, o tyle w największych miastach odbija się od ściany. Nawet jeśli w pierwszej turze kandydat uzyska przyzwoity wynik, to później mierzy się ze szklanym sufitem. Wynika to z dużego negatywnego elektoratu, na jaki partia zapracowała przez 8 lat samodzielnych rządów.
– W systemie, gdzie do zwycięstwa w II turze potrzeba 50 proc. głosów, czyni ich to opcją praktycznie niewybieralną. Nie przejęli samorządów jak Fidesz na Węgrzech właśnie dlatego, że tam ordynacja pozwalała wygrywać zwykłą większością głosów, a u nas potrzeba ponad 50 proc. poparcia – zauważa prof. Adam Gendźwiłł.
Dr Karol Wałachowski także zgadza się z tym, że w miastach PiS mierzy się z dużym negatywnym elektoratem. Zdaniem eksperta, niezależnie od tego, kogo partia wystawi, zostanie on odrzucony z uwagi na łatkę PiS.
Co sprawia, że lokalne wybory tak często wygrywają niezależni politycy?
Siła niezależnych kandydatów w wyborach samorządowych wynika z kilku czynników. Jednym z nich jest selekcja negatywna, która uderza w ambitniejszych działaczy.
– Wybory do sejmików to quasi-wybory parlamentarne, upartyjnione, ale już miasta – jak Gdynia, w której Wojciech Szczurek unikał partii jak ognia i zdobywał w szczytowym momencie nawet ponad 80 proc. głosów – są przyzwyczajone do własnych liderów. Dlaczego partie nie wystawiają przeciw nim równie mocnych ludzi? Bo lokalne struktury partyjne, układające listy do Sejmu, często traktują ambitnych i obiecujących działaczy jako wewnętrzną konkurencję. Zamiast promować najlepsze kadry, często wyrzucają ich za burtę. Wtedy ci ambitni startują z własnych komitetów i wygrywają z tymi ogólnopolskimi partiami – podsumowuje Gendźwiłł.
Na niską jakość kandydatów dużych partii w samorządach zwraca uwagę także dr Wałachowski.
– Jakość kandydatów dużych partii w samorządach moim zdaniem spada i to wynik wodzowskiego modelu partii politycznych. Partyjni baronowie blokują potencjalnych silnych następców, bo widzą w nich zagrożenie dla swojej pozycji. W efekcie system nagradza lojalność bardziej niż kompetencje. Coraz mniej polityków przechodzi też klasyczną drogę od radnego w samorządzie do polityki krajowej. Jeśli popatrzymy na postacie, które dziś wybijają się w polskiej polityce, to raczej weszły do niej „bocznymi drzwiami”, a nie przez oddolny awans. Mateusz Morawiecki, Andrzej Domański czy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz budowali kompetencje poza partiami. Przez to samorząd przestaje być kuźnią kadr, a partie coraz częściej nie mają kogo wystawić w miastach – dodaje Wałachowski.
Czytaj więcej
Albo czekamy na Mesjasza, albo szukamy Świętego Graala. Byłoby szkoda, gdyby temat promocji Polski kończył się na Barbarze Mróz-Gorgoń. Nie zagadam...
Wnioski są więc bardzo klarowne. W wyborach, gdzie głosujemy na człowieka, a nie na partię, duże znaczenie ma osoba. Co ciekawe, zasada ta sprawdziła się także na poziomie krajowym. Przykładem może być Kidawa-Błońska, której nawet poparcie najsilniejszej partii w kraju nie dało wysokiego poparcia społecznego. Należy zatem wyciągać ostrożne wnioski z wyborów w Krakowie.
– Sama obecność silnego kandydata lokalnego zmienia optykę wyborcy. Tacy ludzie, jak Łukasz Gibała, latami inwestują w markę osobistą i unikają jednoznacznych deklaracji partyjnych. To taktyka odcinania się od szyldów, którą widzimy w Polsce od dawna. Mamy wysyp pseudo-bezpartyjnych samorządowców. Wynika to z faktu, że w Polsce partie traktowane są z niechęcią, jako brudne zło konieczne do obsługi demokracji. Odcięcie się od partii to dla prezydenta miasta zrzucenie podwójnego ciężaru: wizerunkowego – w oczach mieszkańców oraz decyzyjnego – wobec centrali partyjnej. Partyjne struktury w Warszawie czy w regionie przestają dyktować mu warunki – twierdzi Gendźwiłł.
Sam Łukasz Gibała to z kolei unikalny polityk. Trudno znaleźć jego odpowiednik w innych dużych miastach. To dlatego do wyników wyborów w Krakowie, należy podchodzić z bardzo dużą ostrożnością.