„Rzeczpospolita”: W książce prezydenta Karola Nawrockiego – wywiadzie-rzece z prof. Andrzejem Nowakiem – pojawia się opis wydarzenia z kampanii prezydenckiej na Dolnym Śląsku, które miało miejsce 15 maja 2025 r. Pan był wtedy na miejscu i przez całą kampanię odpowiadał za ochronę kandydata. Dla pana było to otrucie, próba zamachu, niedyspozycja, choroba?
Ppłk rez. Krzysztof „Rydzu” Radziwon: Zacznijmy od perspektywy szefa ochrony. W ochronie bezpośredniej zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na ekspozycję i czas pobytu kandydata w strefie otwartej – na wiecach czy spotkaniach. To było newralgiczne, bo kandydat był w miejscach eksponowanych, a my nie mogliśmy być bezpośrednio przy nim. Stworzylibyśmy wokół niego twierdzę, do której nikt nie mógłby się dostać – a nie o to chodzi w kampanii wyborczej, w której zawsze liczy się bezpośredni kontakt z wyborcami. Musiałem więc ustawiać szyki i pierścienie ochronne tak, żeby być w gotowości do jak najszybszej reakcji.
W Ząbkowicach Śląskich wyglądało to podobnie jak przy każdym spotkaniu – a tych były setki. Procedury były jasne: w momencie, kiedy kandydat kończył wystąpienie, następowało zaciśnięcie pierścienia i procedura odprowadzenia do pojazdu – w tym przypadku busa. W Ząbkowicach po kilkudziesięciu sekundach od momentu, gdy ruszył bus z kandydatem, dostałem sygnał od członka ochrony będącego w pojeździe, że coś się dzieje z Karolem Nawrockim. Gdy dotarłem do pojazdu, ten już stał. Wbiegliśmy do niego. Byliśmy w pełni zabezpieczeni medycznie – oprócz indywidualnych apteczek każdego z nas mieliśmy dużą, kompaktową apteczkę do udzielania pierwszej pomocy.
Co się wydarzyło? Nie jestem lekarzem, więc nie mogę tego oceniać. Sytuacja jednak była dynamiczna, jeżeli chodzi o reakcję organizmu kandydata. Na tyle poważna, żeby ją w jakikolwiek sposób zbagatelizować. Gdy weszliśmy do busa Karol Nawrocki był przytomny i odpowiadał na pytania. Z relacji osób, które brały udział w zdarzeniu bezpośrednio wynikało, że nastąpiła utrata motoryki, konwulsje i nagłe wymioty. Z mojej perspektywy, z dużym prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, że mogło to być coś, co spowodowało zatrucie żołądkowe, bądź inną niedyspozycję organizmu. Kiedy wbiegliśmy do pojazdu z apteczkami, zauważyliśmy, że kandydat już siedział, był w pełni przytomny i świadomy.
Z relacji prezydenta zamieszczonej w książce wynika, że namawiał pan, by jechać do szpitala. Tak się jednak nie stało. Nie pojechaliście do szpitala, nie wezwano policji ani służb. Dlaczego nie było żadnego zawiadomienia czy przerwania kampanii?
Jak zinterpretować nasze działanie? Przede wszystkim operacyjnie. Praktycznie wszyscy członkowie ochrony ówczesnego kandydata na prezydenta służyli wcześniej w siłach specjalnych – ja również. Nasza reakcja nie była przypadkowa, to był proces decyzyjny wyuczony latami doświadczeń. Miałem równolegle dwie czynności do zrealizowania. Pierwsza – ocena zagrożenia: co się wydarzyło, czy zagrożenie nadal istnieje, kto miał dostęp do kandydata, czy pozostała ekipa w pojeździe ma jakieś objawy. To jest priorytet – jak przewiduje medycyna pola walki – najpierw należy zneutralizować zagrożenie, potem brać się za ratowanie. Równolegle ekipa, która wbiegła ze mną, miała za zadanie działać zgodnie z medycyną pola walki: udrożnić drogi oddechowe, sprawdzić krążenie i ocenić świadomość. Kandydat już siedział i był w pełni przytomny, więc nie trzeba było tego robić.
Ppłk rez. Krzysztof „Rydzu” Radziwon i Karol Nawrocki
Dlaczego nie pojechaliśmy do szpitala? Po pierwsze – kandydat był przytomny i świadomy. Po drugie – jako dorosły, świadomy człowiek podjął taką, a nie inną decyzję. Kilkukrotnie nalegaliśmy, żeby pojechać do szpitala na płukanie żołądka, ale Karol Nawrocki kategorycznie odmówił. Chcę podkreślić, że zawsze przed planowaniem trasy kampanijnej na dany dzień robiłem rekonesans – w Ząbkowicach Śląskich dokładnie wiedziałem, gdzie jest SOR, miałem telefony. Każdy punkt, każdego dnia był przeze mnie przygotowany.
Tego dnia została podjęta decyzja, żeby nie informować o tej sytuacji nikogo. To są kwestie działań operacyjnych, o których nie mogę szczegółowo opowiadać. W działania te w pełni wpisała się decyzja Karola Nawrockiego o niepowiadamianiu służb, ani innych organów o zaistniałym zdarzeniu. Sytuacja była w pełni opanowana, kandydat był w pełni zabezpieczony medycznie, tak więc ewentualne decyzje co do działań informacyjnych mogły być podjęte przez Karola Nawrockiego bez narażenia jego zdrowia i życia.
Czytaj więcej
Informacja o potencjalnej próbie otrucia prezydenta Karola Nawrockiego, do której miało dojść podczas kampanii prezydenckiej jest „szczególnie zask...
Pan wchodzi do tego autobusu i widzi scenę, którą opisał sam prezydent. Pana pierwsza myśl to otrucie? Zamach?
Przede wszystkim musiałem się upewnić, czy kandydat jest bezpieczny i nic mu nie grozi. Bo ta nagła niedyspozycja była niepokojąca. Na tym się koncentrowałem. Gdy wszedłem do pojazdu, kandydat był już przytomny i komunikatywny. Od momentu powiadomienia o incydencie do momentu wejścia do pojazdu minęła maksymalnie minuta. W tym momencie kluczowa była ocena zagrożenia – czy ono nadal istnieje? Czy są funkcje życiowe: oddech, krążenie, świadomość? Wszystko to zostało zrealizowane. Jedyne, co mogłem zaproponować – i nalegałem – to natychmiastowe przewiezienie do szpitala na płukanie żołądka. Powiedziałem, że z mojej perspektywy to nie jest naturalne, żeby w tak dynamiczny sposób następowało pogorszenie stanu zdrowia. Natomiast w pełni świadomy kandydat sam zdecydował, by tego nie robić. Ja mogłem zarekomendować swoje rozwiązanie i powiedzieć, że jestem w gotowości – jeżeli cokolwiek wydarzy się dalej, od razu działam. Nic więcej nie mogłem zrobić.
Mówi pan prezydentowi: jedziemy do szpitala. A on odmawia i kontynuuje kampanię?
Wyraźne „nie” to jest wyraźne „nie”. Ja jedynie zarekomendowałem propozycję dalszego działania. SOR był niedaleko, mogliśmy to od razu szybko zrobić. Jeżeli zastałbym szefa nieprzytomnego – proszę mi uwierzyć – reakcja wyglądałaby inaczej. Odwieźlibyśmy go na SOR bardzo szybko, równolegle podejmując czynności ratunkowe. Ale skoro był świadomy i rozmawiał, to jest zupełnie inna sytuacja.
Czytaj więcej
Kryzys w relacjach polsko-ukraińskich jest kryzysem polskich elit, zwłaszcza dwóch największych partii, dla mediów zaś stanowi ogromne wyzwanie.
Po tym drugim spotkaniu non stop pytałem, czy wszystko w porządku, czy może jednak pojedziemy do szpitala – choćby wieczorem. Cały czas zapewniał, że „wszystko jest okej”.
Czy cokolwiek z tamtego dnia zostało zabezpieczone? Próbki, ślady – potencjalny materiał dowodowy dla prokuratury, która dziś prowadzi postępowanie...
Nie. W jaki sposób miałem zabezpieczyć próbki?
Jest jakiś dokument z tamtego dnia? Notatka służbowa?
Nie ma, nie było takiej potrzeby. Zadziałaliśmy wówczas w pełni profesjonalnie na poziomie operacyjnym.
Czy kandydat miał później jakieś badania lekarskie?
To nie jest pytanie do mnie. Nie mam takiej wiedzy.
Komu pan zaraportował to zdarzenie? Szefowi kampanii? Na Nowogrodzką?
Uratowanie życia, przywrócenie czynności życiowych, zapewnienie bezpieczeństwa – to były nasze priorytety. O zdarzeniu wiedziało najbliższe otoczenie kandydata, osoby towarzyszące Karolowi Nawrockiemu niemal każdego dnia kampanii. Skoro kandydat wyraźnie mówił, że mamy tych informacji nie przekazywać nikomu, to tak się właśnie stało. Działamy w pełni profesjonalnie.
A wracając do okresu jeszcze przed Ząbkowicami – czy w kampanii pojawiał się jakiś niepokojące wydarzenia, wzorzec zagrożeń, który się powtarzał?
Kiedy przygotowywałem trasy przejazdu pod kątem zabezpieczenia – trasa główna, zapasowa, wszystkie punkty, w których mogłoby dojść do jakiegoś zdarzenia, wszystkie miejsca pobytu, także pod kątem pirotechnicznym – mieliśmy świadomość, że pewien wzorzec zaczyna się powtarzać.
Czytaj więcej
Dostaliśmy filmową historię, w której kobiety o zatrutych dłoniach próbują fizycznie wyeliminować kandydata na prezydenta Karola Nawrockiego, a jeg...
Po pierwsze: w miejscach, w których przebywał kandydat, były puszczane drony. Nie mówię o wiecach, bo tam to normalne – ale były one w momentach i miejscach, w których nie powinno ich być, w miejscach czasowego pobytu. Po drugie: często widzieliśmy powtarzające się samochody, zaparkowane godzinami tam, gdzie przebywał kandydat. Oprócz zespołu ochronnego miałem też zespół zawodowców od kontrinwigilacji, więc potrafiliśmy to rozpoznawać. Po trzecie: byliśmy nagrywani jako zespoły ochronne – nasze szyki, sposób poruszania się, jak działamy. My to wszystko wychwyciliśmy, choć nie jestem w stanie wskazać, kto to robił.
Karol Nawrocki w czasie spotkania z wyborcami
W trakcie szkoleń w siłach specjalnych, byłem uczony, że nie czeka się na atak. Dla nas takie sytuacje i sygnały były sytuacją awaryjną, której trzeba przeciwdziałać. Miałem wyznaczone zespoły przemieszczające się do punktu spotkań kandydata dużo wcześniej, niż pojawialiśmy się my. Ci współpracownicy meldowali, co dzieje się w danym miejscu, jakie jest nastawienie zebranych osób itp.. Nasi wywiadowcy wtapiali się w tłum i wskazywali potencjalne niebezpieczeństwa – co miało miejsce niejednokrotnie.
Czy tamtego dnia, 15 maja, coś odbiegało od normy? W książce jest wątek dotyczący dziennikarzy dopytujących, czy kandydat pojedzie pociągiem, którym ostatecznie nie pojechał.
Dla mnie zagrożenie było przez siedem miesięcy – i proszę mi uwierzyć, ono tylko eskalowało. Mocno wzrosło, kiedy kandydat dostał się do drugiej tury wyborów. Rodzina Karola Nawrockiego była atakowana w internecie, wzmogła się nagonka medialna. Takie działanie mogło prowadzić do działań kinetycznych realizowanych przez osoby trzecie. Dlatego po pierwszej turze zwiększyłem liczbę członków ochrony osobistej, także dlatego, że w kampanii pojawiała się małżonka i dzieci kandydata.
Ostrzegał pan kandydata w trakcie kampanii co do bezpieczeństwa? W książce jest mowa o przestrzeganiu przed całowaniem kobiet w rękę.
Rozmawiałem z prezydentem nie tylko o całowaniu kobiet w rękę – dla mnie były też inne sprawy priorytetowe. Kiedy pierwszy raz wyborcy rzucili się na szyję kandydata, zareagowałem nerwowo. Karol Nawrocki dostał ode mnie kilkakrotnie niezbędny instruktaż.
Czytaj więcej
Sprawa orderu Orła Białego odebranego Wołodymyrowi Zełenskiemu przykryła wszelkie inne wydarzenia. To specjalny prezent prezydenta Karola Nawrockie...
Czy po tym wydarzeniu na Dolnym Śląsku wprowadził pan dodatkowe procedury?
Po każdym dniu prowadziłem odprawy – omawiałem, co poprawiamy, jak minął dzień, a przed rozpoczęciem czynności następnego dnia zawsze był instruktaż. Po wydarzeniu na Dolnym Śląsku wdrożyłem kolejne elementy. Kandydat na prezydenta zatrzymywał się zawsze w trakcie podróży na stacjach Orlenu. A za naszą kolumną jeździły samochody, które nas obserwowały – my to wszystko widzieliśmy. Widzieliśmy, jak się zmieniają, w którym momencie jeden samochód przejmuje obserwację nad nami od drugiego, bo byliśmy w rozpoznawaniu takich sytuacji wyszkoleni. Wprowadziłem proste zasady, jak chociażby taką, że na stacjach benzynowych szedłem pierwszy i kupowałem szefowi herbatę osobiście, aby nie musiał wychodzić z auta.
W książce pojawia się też wątek obiadu tamtego dnia.
Karol Nawrocki jadł setki obiadów – wśród mieszkańców odwiedzanych miejscowości. Trzeba pamiętać jedną rzecz: jeżeli kandydat jedzie do jakiejś rodziny, to ta rodzina wie o tym kilka dni wcześniej. Takich obiadów mieliśmy wiele w całej Polsce.
Minął ponad rok. Czy jest pan dziś w pełni przekonany, że to było działanie osób trzecich, które miały wpłynąć na kampanię wyborczą? Czy dopuszcza pan możliwość, że doszło do tego z przyczyn naturalnych, zdrowotnych?
Naturalne przyczyny zdrowotne nie przybierają formy tak dynamicznej i tak intensywnej. Sam miałem niejednokrotnie zatrucie żołądkowe i nigdy nie przybierało ono takiej dynamicznej formy z drgawkami i utratą świadomości. Dla mnie sprawa jest jasna: to nie było naturalne. To mogła być jakaś forma zatrucia, której nie byliśmy w stanie fizycznie zweryfikować. Nie jestem lekarzem – pytałem kilkukrotnie kandydata, czy boli go brzuch. Zaprzeczał, po prostu nastąpiła dynamiczna, szybka reakcja z wymiotami i utratą świadomości włącznie. To było ekstremalnie nienaturalne.
Czytaj więcej
„Prawo i Sprawiedliwość stoi i zawsze stało na stanowisku, iż pomoc militarna, realizowana także przez UE na rzecz Ukrainy, jest bezwzględnie potrz...
Do dnia drugiej tury wydarzyło się coś jeszcze o tej skali czego opinia publiczna nie zna?
Dla mnie to była ta jedna sytuacja. Inne przypadki dotyczyły raczej zagrożenia fizycznego. Proszę zwrócić uwagę, w jakim momencie prezydent rozpoczął tę kampanię. To nie było tak jak za poprzednika – te realia były zupełnie inne. Oprócz tego był przecież ścigany przez władze Federacji Rosyjskiej.
Co pan ma na myśli?
Przede wszystkim to, że lista potencjalnych i całkiem realnych zagrożeń była długa. Wszystkie trzeba było bardzo poważnie brać pod uwagę, realizując działania ochronne.
Nie było w pewnym momencie pomysłu, żeby kandydat przeszedł pod ochronę SOP?
W trakcie kampanii? Kandydatowi nie przysługiwała wówczas ochrona. Kilka dni po drugiej turze nasze obowiązki ochrony – już prezydenta elekta – przejął SOP.
Na koniec – proszę powiedzieć, czym zajmował się pan wcześniej.
Krótko: 28 lat zawodowej służby wojskowej, w tym 24 lata w siłach specjalnych, kilka tur w Afganistanie, odznaczony przez Amerykanów za bezpośredni udział w walce. W kraju, zgodnie z ustawą o działaniach antyterrorystycznych, byłem w stałym dyżurze kontrterrorystycznym na wypadek uprowadzenia statku powietrznego i sytuacji zakładniczych. Ludzie, których dobrałem do ochrony, to byli moi dowódcy sekcji – profesjonaliści, którzy barierę psychologiczną strzelania i tego, że do nich strzelano, mieli już dawno przełamaną.
Zaczęliśmy od tamtego dnia – i na nim skończmy. Czy dziś coś pan zrobiłby inaczej? Pojechałby pan do szpitala?
My zrobiliśmy to automatycznie, tak jak się to robi w medycynie pola walki: sprawdzenie świadomości, czynności życiowe, ocena zagrożenia. Wszystko zostało zrealizowane wzorowo. Natomiast dalsze czynności nie były już naszą decyzją, ale przede wszystkim Karola Nawrockiego. Jeszcze raz powtórzę: jeżeli Karol Nawrocki byłby nieprzytomny, zawieźlibyśmy go na SOR i to bardzo szybko, nawet jeżeli jakiekolwiek osoby postronne byłyby przeciwne. Ale nie był. Kiedy doszedł do siebie, po prostu takiej interwencji odmówił.