Podczas uroczystości w rocznicę Krwawej Niedzieli, kulminacji rzezi wołyńskiej, Piotr Łukasiewicz, chargé d'affaires Polski na Ukrainie, oddając hołd ofiarom polskim pochylił głowę również nad ukraińskimi ofiarami. Mówił: „Nie mogę nie wspomnieć o ukraińskich ofiarach państwa polskiego przed wojną i w jej trakcie. Nie tworzę symetrii, ale pamiętamy, co było wstydliwe i niegodne.” Były ambasador Marek Magierowski odparł w mediach społecznościowych, że takich porównań nie powinien publicznie czynić najwyższy przedstawiciel Rzeczypospolitej podczas oficjalnych uroczystości. „Niekompetencja i brak dyplomatycznego wyczucia” – to, jego zdaniem, najłagodniejsza interpretacja.
Łukasiewicz podążył śladem Jana Pawła II, który we Lwowie w 2001 r. mówił o potrzebie uwolnienia się od bolesnej przeszłości, apelując, by przebaczenie – udzielone i uzyskane – stało się niczym balsam dla każdego serca. Papież dodał, że oczyszczenie pamięci historycznej powinno prowadzić do budowania wspólnej przyszłości opartej na wzajemnym szacunku i solidarności, ponad tym, co dzieli. Mówił o niewierności zasadom ewangelicznym, których dopuścili się chrześcijanie zarówno polskiego, jak i ukraińskiego pochodzenia zamieszkujący te ziemie.
Dzisiaj historia zatoczyła koło. Słowa Łukasiewicza spowodowały odpór ze strony byłego dyplomaty i wywołały złość internautów. Rzecz nie jest już bowiem w żałobie czy w symbolicznym zadośćuczynieniu ofiarom ludobójczej czystki etnicznej. Ujawnia się przesunięcie sfery politycznej i informacyjnej ku żądaniom asertywnego rozrachunku i odpłaty. Łukasiewicz naruszył tabu, li tylko nawiązując do myśli Papieża.
Czytaj więcej
Odpowiedzialnością polskich polityków jest dziś obrona polskiej racji stanu w nieszczęsnej awanturze, wywołanej przez Kijów. Strategicznym interese...
Spirala polityki historycznej i tożsamościowej przekształca całe narody w zbrodnicze awatary
Pamięć zbiorowa może generować obecne zaangażowanie opinii publicznej przez aktualizację tragedii minionych. Tożsamość wielu narodów oparta została na wspomnieniu krzywdy doznanej z rąk obcych. A władza zaś chętnie staje się czempionem rozliczeń z potomkami dawnych wrogów. Takie skuteczne ożywianie pamięci wzmaga uznanie społeczne dla władzy, a prowadzone przez nią rozrachunki nabierają wówczas wiarygodności. W przestrzeni politycznej i medialnej widać metodę, którą nazwałem na tych łamach w 2021 r. »zamianą dusz« – wcielanie się rządzących w bohaterów dawnych walk czy w ofiary dawnych zbrodni. Opis zamiany dusz na poziomie jednostkowym ujawnił ledwie czubek góry lodowej. Mechanizm ten przenika bowiem schematy myślenia w skali masowej.
Całe obce narody mogą stać się awatarami zbrodniczych postaci i formacji z ich przeszłości. A jednocześnie naród własny zostaje awatarem najszlachetniejszych pokoleń ze swej historii. Tak obrazuje się ciemna strona polityki historycznej i tożsamościowej. Zanika przez to debata, a na scenie politycznej i w mediach pozostają tylko nienawistne monologi. „Prawa pamięci zbiorowej dotyczą zawsze tego, o czym należy pamiętać, a o czym zapomnieć” – jak zauważył profesor Omer Bartov. Współcześnie zależą one zawsze od tego, kto aktualnie sprawuje władzę nad narracją – rządzący, opozycja, zagraniczni, prywatni władcy algorytmów, a nawet reżim kraju trzeciego.
We współczesnej Polsce w obecnych Niemcach zbyt często widziało się oprawców z III Rzeszy, w Ukraińcach – krwawych banderowców z UPA. Grecy z kolei pobudzali nienawiść narodową do Turków przez pamięć historycznych cierpień. Każdy współczesny Turek stawał się awatarem krwawego janczara i baszy. Arabowie walczący z cywilizacją europejską widzieli w nas w prostej linii potomków krzyżowców, którzy siedem wieków temu przyszli odebrać im Ziemię Świętą. Dżihad i krucjata karmiły się tym samym źródłem. A że minęły pokolenia? Dla nikogo nie miało to znaczenia. Rosja uczyniła to samo z Ukraińcami: „banderowski nazista” nie był opisem człowieka – był nałożeniem twarzy historycznej zbrodni na współczesnego żołnierza broniącego własnego domu.
Niepomny skutków, taką moskiewską drogą poszedł i wiceprezes PiS, Przemysław Czarnek, kandydat tej partii na premiera, grzmiący o „odradzaniu się ideologii nazistowskiej na Ukrainie.” Czy nie rozumie spirali, w jaką wprowadzić może społeczeństwo negatywny splot polityki tożsamościowej i historycznej? Gdy awatar wroga zbiorowego jest już gotowy, jego anihilacja staje się moralnym obowiązkiem. Rozbudzone nastroje odwetu otwierają drogę co najmniej do ulicznej odpłaty – atakowania Ukraińców na ulicach polskich miast.
Czytaj więcej
Po wspaniałym epizodzie pomocy i braterstwa z 2022 r. relacje polsko-ukrańskie zastygły jak wychłodzona lawa.
Kto zaczął, kto oszczędził honor. Bez zerwania łańcucha przyczynowego odwet traci uzasadnienie
Odpłata żyje z ustalania pierwszeństwa winy. Polityka historyczna nakazuje, by każda ze stron wchodziła do historii dokładnie w tym momencie, który jej odpowiadał. Serb pamiętał Kosowe Polje 1389 r., lecz nie chciał pamiętać obozu koncentracyjnego w Jasenovacu. Polak pamiętał rzeź wołyńską – nie pytał o polski odwet. Izraelczyk pamiętał Holokaust – Arab pamiętał nakbę. Każdy zaczynał narrację od własnej rany i własnej niewinności.
Nie działo się to przypadkowo. Był to warunek konieczny poszukiwania zadośćuczynienia przez wyrównywanie rachunków. Bez zerwania łańcucha przyczynowego odwet tracił uzasadnienie. A gdy do niego dochodziło, zawsze uderzał nie w sprawców, bo ci dawno już nie żyli, lecz w ich awatary. We współcześnie żyjących ludzi obarczanych winą przodków, których sami nigdy nie znali.
Od odczłowieczania wroga do krwawego na nim odwetu może być tylko jeden krok. Wiele kroków podejmować zaś trzeba było, by próbować przerwać błędne koło nienawiści. Wiele z nich było nieudanych. We Rwandzie w 1994 r. sąsiad zabijał sąsiada maczetą. Bo wiedział, gdzie mieszka. A radio podburzało: Tutsi zaczęli pierwsi. Nie ten konkretny Tutsi z sąsiedniej wioski, lecz Tutsi jako awatar kolonialnego uprzywilejowania, belgijskiej polityki podziału, historycznej krzywdy. Ofiary kolonializmu zmieniły się w katów. Sto dni rzezi przyniosło osiemset tysięcy zabitych. Społeczeństwo rwandyjskie potrzebowało wielu lat, zanim mogło przejść od zakończenia przemocy do szeroko zakrojonego procesu lokalnego rozliczenia i pojednania. W komisjach Gacaca oprawcy i ofiary siadali naprzeciwko siebie w trawie i próbowali znaleźć słowa zamiast maczet. Był to jedyny eksperyment na świecie, w którym zadośćuczynienie próbowano zamienić w rozmowę.
Czytaj więcej
Stworzona przez polsko-żydowskiego prawnika Rafała Lemkina definicja ludobójstwa ma jedną podstawową zaletę – została kiedyś przyjęta, obowiązuje i...
Pod Srebrenicą w 1995 r. oddziały serbskie zamordowały osiem tysięcy mężczyzn i chłopców. W odwecie, bo w latach okupacji i chorwackiego państwa ustaszy „oni zaczęli pierwsi”. Kości zamordowanych przez Serbów dotąd identyfikowane są za pomocą badań DNA. Minęło trzydzieści lat. Odpowiedzialny za rzeź gen. Ratko Mladić odsiaduje dożywocie w Hadze. A w Belgradzie jego gloryfikatorzy wygrywają wybory za wyborami. Kara MTK dosięgła kata. Chorej zbiorowej pamięci Serbów – nie tknęła.
W Algierii sto trzydzieści lat kolonializmu zakończyło się pół milionem zabitych w wojnie o niepodległość. Francja milczała dekady. Dopiero w 2017 r. Macron odważył się mówić o „zbrodniach” i wycofywał się później pod presją prawicy. Rana nie goiła się, bo nie wolno jej było dotknąć. Wszak „Arabowie zaczęli pierwsi”.
Stany Zjednoczone i Japonia. Jak honor i godność narodu mogą zostać naruszone przez zwycięzcę albo ocalone
Rwanda, Srebrenica, Algieria – w żadnym z tych miejsc rana się nie zagoiła. Została tylko zamrożona. Tony Judt pisał, że europejskie przeszłości leżą na sobie jak płyty tektoniczne. Niektóre poruszają się gwałtownie, inne falują w długich okresach. Rok 1945 przykładowo nie był „Rokiem Zero” – początkiem czystej karty. Był jedynie kolejną warstwą położoną na tych samych płytach. Każdy kraj ma swój „syndrom Vichy”: warstwę pamięci zamrożonej, bo tak wygodniej jest dla narodowej opowieści. Warstwę tę najczęściej rozmrażają inni, gdy potrzebują legitymacji dla odpłaty.
Istnieje jednak miejsce, gdzie ta warstwa nigdy nie powstała. Naród, który doznał atomowej zagłady dwóch miast, nie szukał rewanżu. Gen. MacArthur pozostawił im symbol – cesarza Hirohito. Japończycy nie utracili twarzy. Zwycięzca nie zastosował odpowiedzialności zbiorowej. Nie uczynił z nich awatara zbrodniarza. Pokonał – ale nie upokorzył. Japonia odwzajemniła się pragmatyzmem, budową głębokich relacji gospodarczych i sojuszem. Nie odpłatą. Honor i godność narodu mogą zostać naruszone przez zwycięzcę albo ocalone. Gdy je się ocala, zatrzymuje się spiralę odpłaty. Gdy się podepcze, nakręca się ją na pokolenia.
Schuman, Adenauer, De Gasperi, Mounier zdawali sobie sprawę, że zjednoczona Europa miała zostać zbudowana na solidarności i pojednaniu zamiast odwetu. To nie była naiwność. To był wniosek z dwóch wojen i stu milionów poległych i zamordowanych. Ten sam gest – uznania winy niesymetrycznej, ale obustronnej – powtórzyli biskupi polscy w orędziu z 1966 r., Jan Paweł II we Lwowie w 2001 r. Teraz zrobił to Łukasiewicz. Biskupów oskarżono o brak patriotyzmu. Łukasiewicza – o brak wyczucia. Papieża zapamiętano wówczas inaczej.
Autor jest adwokatem i menedżerem