Przez kilkanaście miesięcy nie rozmawiał pan z mediami ogólnopolskimi – ani o sprawie Collegium Humanum, ani o żadnej innej. Słuchałem za to niedawno pana we wrocławskim Radiu Rodzina. Co się zmieniło, że nagle chce pan porozmawiać?

Panie redaktorze, ja zawsze byłem i jestem otwarty na merytoryczną rozmowę o Wrocławiu i samorządzie. Nigdy nie uciekałem od mediów. Zawsze chciałem jednak rozmawiać przede wszystkim o Wrocławiu. Faktem jest, że w poprzedniej kadencji było więcej samorządu w mediach ogólnopolskich. Nasza aktywność wynikała z określonej sytuacji politycznej w kraju – byliśmy języczkiem u wagi przy okazji wyborów parlamentarnych w 2023 r. Natomiast w tej chwili samorządowi nie zagraża już lansowany przez poprzednią władzę centralizm. Nie musimy walczyć o pryncypia i bronić samorządności. Może stąd zainteresowanie mediów ogólnokrajowych jest nieco mniejsze, ale ja zawsze chętnie dzielę się informacjami o Wrocławiu.

Reklama
Reklama

To zacznijmy od miasta. Zadłużenie Wrocławia wynosi 4,5 mld zł, deficyt – 940 mln zł.

Nie znam samorządu, który nie miałby deficytu i zadłużenia – tak skonstruowane są finanse samorządu. Zaciągamy kredyty nie na bieżące wydatki czy konsumpcję, ale na inwestycje. W ubiegłym roku wydaliśmy ponad 1,2 mld zł na inwestycje, które przede wszystkim poprawiają jakość życia: tereny zielone, drogi, tramwaje, ścieżki rowerowe, centra dla seniorów, szkoły i przedszkola. Deficyt ok. 940 mln zł przy całym budżecie w wysokości 9,7 mld to chyba dobra statystyka? Nasze zadłużenie jest bezpieczne, na bieżąco je obsługujemy. Czuwam nad tym.

Czytaj więcej

Wrocław: Jacek Sutryk nie zostanie odwołany w referendum

Czy planuje pan czuwać dalej, do końca kadencji?

Taki mam kontrakt z mieszkańcami. Nic się w tym zakresie nie zmieniło. To jest moja odpowiedzialność. Mało tego – nawet jeśli zabrzmi to nieskromnie – uważam, że razem ze swoim zespołem robimy to dobrze. Dlatego Wrocław jest absolutnym liderem w wielu obszarach, przede wszystkim jakości życia codziennego. Czyli czegoś, co obiecałem wrocławianom. 

Cztery zarzuty i akt oskarżenia w sądzie w sprawie pana dyplomu z Collegium Humanum. I nie planuje pan podać się do dymisji?

Nie.

Nawet Bogdan Zdrojewski wezwał pana do rezygnacji.

Od wzywania do ustąpienia nie są ani media, ani politycy, nawet tak zasłużeni dla miasta jak prezydent Bogdan Zdrojewski. On jest zresztą przykładem, że nie warto zbyt wcześnie ferować wyroków. Sam został nawet skazany w pierwszej instancji i dalej pełnił swoją funkcję, co w żaden sposób nie wpływa negatywnie na ocenę tego, co zrobił dla Wrocławia. Te rzeczy trzeba rozstrzygnąć na drodze postępowania sądowego. Ja do tego podchodzę bardzo spokojnie. To nie dotyczy spraw miasta. Poza tym ja się w tym nie czuję winny. I nie jestem winny. Medialnie komentowane są wybiórcze przypadki osób związanych z Collegium Humanum, takie jak choćby moja skromna osoba, a prawie w ogóle nie mówi się o innych osobach związanych z tą sprawą. Uważam też, że ze względu na pełnioną przeze mnie funkcję i wiele wątków całej sprawy można by ją prowadzić w zupełnie inny sposób.

Foto: Port Lotniczy Wrocław

Nie jestem ani sądem, ani prokuraturą, policją, ani politykiem. Pytam w imieniu opinii publicznej.

Nie zrezygnuję. Moim zdaniem nie ma też takiego oczekiwania ze strony mieszkańców. Spotykam się z nimi codziennie, z dziesiątkami ludzi tygodniowo i nie słyszę takich oczekiwań. Słyszę natomiast słowa wsparcia: „jesteśmy z panem”, „jesteśmy za panem”. To pewnie nie są wszyscy mieszkańcy, ale ci, z którymi się spotykam, a to często przypadkowe osoby, nie mają wobec mnie tego typu oczekiwań. Zresztą, gdyby takie oczekiwanie było, ruchy społeczne czy obywatelskie skutecznie doprowadziłyby do mojego odwołania, gdybym sam nie chciał tego zrobić. A te próby okazały się nieskuteczne – i to dwukrotnie.

Zarzuty są bardzo poważne. Po co panu był ten dyplom?

Czy zarzuty są poważne, czy nie, to wykaże postępowanie sądowe. Raz jeszcze podkreślę, postępowanie w sprawie Collegium Humanum ma podłoże polityczne. Ludzie, którzy są winni bardzo poważnego procederu, są skutecznie omijani w przekazie medialnym i politycznym. Natomiast pokazuje się całe mnóstwo osób takich jak ja, które ja bym bardziej postrzegał w roli ofiar tego systemu. Gdybym wiedział, że ta uczelnia i jej władze nie do końca etycznie się zachowują, że to jest pewien zorganizowany proceder, to pewnie w tym nie wziąłbym udziału. Proszę też pamiętać, w oparciu o co ten akt oskarżenia jest formułowany – w oparciu o zeznania głównego oskarżonego. Można więc zrozumieć jego zachowanie. Nie chcę tego więcej komentować, bo z uwagi na swoje dobra procesowe i ochronę imienia nie mogę wchodzić w niuanse tej sprawy. Tym miejscem, gdzie będę to wyjaśniał, będzie sala sądowa.

Czytaj więcej

Immunitety Hołowni i Koboski. Nieoficjalnie: prokuratura chce ich uchylenia

Dyplom potrzebny był panu po to, żeby móc zasiadać w radach nadzorczych w Tychach, Gliwicach i Legnicy?

Przystępowałem do tych studiów w dobrej wierze. Jestem dumnym absolwentem socjologii, którą skończyłem z bardzo dobrym wynikiem. Zdawałem tam ciężkie egzaminy, miałem stypendium naukowe, studiowałem stacjonarnie pięć lat. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Całe życie zachowuję się przyzwoicie, ciężko pracując, także nad swoją edukacją. To wszystko, co się dzieje, to są opinie głównego oskarżonego i one są do wyjaśnienia.

Są też pana zeznania, które dotarły do opinii publicznej – o pana słabej pamięci, dwóch quizach, które pan miał wypełnić itd. To wygląda fatalnie.

Muszę postawić tu kropkę. Tylko dlatego, że zaczynamy wchodzić w szczegóły procesowe. Chciałbym, aby pierwszym, który usłyszy moje argumenty, był sąd.  Wielu publicystów i osób publicznych wyciera sobie usta szlachetnymi sformułowaniami o państwie prawa, o domniemaniu niewinności, o tym, że każdy obywatel ma prawo do uczciwego procesu. Tymczasem jestem w sytuacji, w której próbuje się ferować wobec mnie wyrok, w ogóle nie biorąc całego kontekstu pod uwagę. To mnie najbardziej niepokoi, to jest zły syndrom naszych czasów.

Jednak samorządowcy w tych różnych radach nadzorczych spółek rzucają cień na cały samorząd w Polsce.

Teraz już tego nie ma, bo przepisy na tyle się zmieniły, że wójtowie, burmistrzowie, prezydenci nie mogą zasiadać w radach nadzorczych. Próbuje się robić z samorządowców jakąś grupę, która o niczym innym nie myśli, tylko o swoim
interesie. A jest odwrotnie. My pracujemy dla mieszkańców siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę.

Trzeci słoń w pokoju to TVP Wrocław. Cala Polskę obiegły informacje o naciskach na dziennikarzy, aby zablokować materiał o panu. I te naciski miały iść z ratusza. 

Nie rozmawiam w ogóle z telewizją i personelem zatrudnionym w TVP. Od tego są nasze służby prasowe. Dzisiaj trwa jakaś próba wmontowania mnie w wewnętrzny konflikt w mediach. Widoczne są ewidentne konflikty personalne między dziennikarzami, redakcjami. Ja się nie zgadzam na wikłanie w takie rozgrywki urzędu. Nie naciskałem i nie mam zamiaru tej sprawy komentować. 

I pana zdaniem wszystko było w porządku w sprawie tego zablokowanego materiału o pańskim dyplomie z Collegium Humanum?

Nie ma mnie w niej. Nie uczestniczę w tym i nie uczestniczyłem w spotkaniach redakcyjnych TVP. Nie interesują mnie odbywające się tam roszady i przepychanki personalne. Liczę, że władze TVP wyjaśnią to w swoim gronie, nie wikłając w to
ratusza. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy pojawiło się blisko 300 publikacji i wzmianek na temat mojej sprawy. Myśli pan, że kolejna by cokolwiek zmieniła? Jaki byłby sens blokowania kolejnego podobnego materiału? 

Nowym politycznym newsem jest za to fakt, że rozmawiał pan w końcu z posłem KO Michałem Jarosem i zapowiedziane zostały zmiany w ratuszu, np. wśród wiceprezydentów.

Rzeczywiście rozmawiałem z panem ministrem Jarosem, który został wybrany w KO na przewodniczącego regionu i przewodniczącego powiatu. We Wrocławiu mamy z KO koalicję, która trwa już drugą kadencję. To jest dobra, mądra koalicja dla wrocławskich spraw. Dlatego będziemy rozmawiać. Co do wiceprezydentów – władze statutowe KO, którym przewodniczy minister Jaros, wskazują i decydują. Tak już jest w polityce. Jeżeli oczekiwanie pisemne zostanie potwierdzone, to oczywiście zastosuję się do wytycznych moich koalicjantów.

Chyba nie była to łatwa rozmowa, bo poseł Jaros od lat bardzo ostro się o panu wypowiada. I z panem walczył. 

Mnie interesuje przede wszystkim rozwój Wrocławia. I trzeba się liczyć z pewną mądrością etapu. Wrocławska KO jest bardzo podzielona, pan minister Jaros próbuje to wszystko posklejać, zresztą słusznie. Wisi nad tym kontekst przyszłorocznych wyborów, później wybory samorządowe. Prezydent Wrocławia, ktokolwiek by nim nie był, jest istotnym partnerem w takich sprawach. My nie musimy się bardzo lubić, musimy tylko wspólnie o pewne rzeczy się troszczyć i je wypracowywać.

Czytaj więcej

Czy KO straci Wrocław? Kulisy politycznego napięcia w stolicy Dolnego Śląska

Innym słoniem w ratuszu jest Śląsk Wrocław. Wisła Kraków sygnalizuje skargę do Komisji Europejskiej o nielegalną pomoc publiczną Wrocławia dla klubu. Co się tutaj dzieje?

Po pierwsze, jeśli sprawa będzie dotyczyć Unii Europejskiej w zakresie pomocy publicznej, to odpowiedzialność za nią spadnie na państwo. Po drugie, w Polsce sport zawodowy jest finansowany z pieniędzy publicznych, to nie jest nielegalna pomoc. Kluby, całe ligi są przecież bardzo mocno finansowane także przez spółki Skarbu Państwa. Samorząd też od lat wspiera sport zawodowy. Należy być bardzo ostrożnym, bo to może wybudzić – nie we Wrocławiu, ale w całej Polsce – dyskusję o modelu finansowania sportu zawodowego.

Co więc dalej ze Śląskiem? Jakie są pana decyzje?

To bardzo ważny dla miasta, ale trudny słoń. Śląsk to przede wszystkim niezwykle istotna marka dla Wrocławia – nie tylko pierwsza drużyna, ale blind football, amp football, drużyna żeńska, Akademia Śląska. Oczywiście najchętniej miasto sprzedałoby klub, ale to nie jest tak, jak wszystkim się wydaje, że stoi kolejka chętnych z czystymi intencjami, niezwykle zamożnych, którzy chcą kupić Śląsk Wrocław. Bo kupić to jedno, ale utrzymać – to jest jak z samochodem; niektórych stać, aby kupić drogi, ale nie zawsze stać później na jego utrzymanie. Prezydent Rafał Dutkiewicz też próbował sprzedać klub i nie udało mu się. Mamy więc dwie możliwości: albo pozwalamy zakopać projekt, sprzedając go ad hoc, albo musimy go pielęgnować, wspierać i rozwijać. Na to pierwsze nie możemy sobie pozwolić. Mamy w końcu stadion, mamy miejską markę. Tak więc wspieramy finansowo klub i optymalizujemy stronę kosztową.

I na koniec: dwukadencyjność w samorządzie – powinna zostać?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo złożona. Obserwuję proces odmawiania samorządowcom udziału w dyskusji na temat samorządów. A kiedy biorą w nich udział, natychmiast pojawiają się zarzuty, że kierują się własnym interesem. Jeśli powiem, że dwukadencyjność jest niekonstytucyjna – bo moim zdaniem jest – wielu komentujących uzna, że mówię tak, bo dbam o własny interes. To jest nieodpowiedzialne podejście do demokracji i spraw ustrojowych. Zresztą sam PiS, który chciał ukrócić samorządy, bo w większości kierowane są przez KO, częściowo tę niekonstytucyjność przyznał. Mieliśmy projekt ustawy zmieniającej konstytucję właśnie w zakresie dwukadencyjności. To oznacza, że przyznano tym samym, iż nie da się tego rozstrzygnąć na poziomie zwykłej ustawy, tak jak to wcześniej zrobiono.

Rozmówca

Jacek Sutryk

Socjolog i samorządowiec, od 2018 r. prezydent Wrocławia. W 2002 r. ukończył socjologię na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. Został też absolwentem Collegium Humanum. Był dyrektorem Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej we Wrocławiu oraz dyrektora Departamentu Spraw Społecznych Urzędu Miejskiego Wrocławia. W wyborach samorządowych 2018 r. kandydował na stanowisko prezydenta jako bezpartyjny z poparciem Koalicyjnego Komitetu Wyborczego Platforma.Nowoczesna Koalicja Obywatelska