Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego politycy decydują się na tworzenie stowarzyszeń zamiast partii politycznych.
  • Jakie zagrożenia dla organizacji społecznych i życia publicznego niesie ten trend.
  • W jaki sposób eksperci oceniają rolę stowarzyszeń w kontekście działalności politycznej.
  • Jakie są kluczowe różnice między funkcjonowaniem stowarzyszeń a partii w polskim systemie politycznym.
  • Co to zjawisko mówi o kondycji współczesnych partii politycznych w Polsce.

Mateusz Morawiecki ze swoim Rozwojem Plus nie jest pierwszy, który zaprzągł stowarzyszenie do politycznych potrzeb. Stowarzyszeniem była „Wiosna” Roberta Biedronia. Zaczynał tak – z Polską 2050 – Szymon Hołownia. Z kolei Paulina Matysiak, będąc posłanką Razem, stworzyła z politykiem PiS Marcinem Horałą stowarzyszenie Tak dla Rozwoju. Swój ruch – OdNowa – ma również związany z PiS Marcin Ociepa. Dlaczego politycy chętnie korzystają z szyldu organizacji społecznych i w jaki sposób może to wpłynąć na III sektor? 

Reklama
Reklama

Ekspert: samorealizacji polityków powinny służyć partie

– Jeżeli Mateusz Morawiecki jest odważny, to powinien założyć partię. Boję się tego, że ktokolwiek inny nie założyłby teraz stowarzyszenia, chcąc wpływać na polityki publiczne, będzie utożsamiany z chęcią przejęcia władzy. Po to są różne instrumenty – partie, organizacje, w tym stowarzyszenia i fundacje, aby realizowały odmienne cele. Rolą stowarzyszeń nie jest przejmowanie władzy. W przypadku Mateusza Morawieckiego czy innych polityków należących do partii, ich samorealizacji powinny służyć właśnie partie – komentuje Szymon Ossowski, Sieć Obywatelska Watchdog Polska.

Czytaj więcej

Krzysztof Szczucki: Chcą nas wypchnąć z PiS, zamiast walczyć z rządem Tuska

– To nie jest problem, który występuje tylko na szczeblu centralnym. W miastach i gminach jest podobnie – powstają stowarzyszenia zrzeszające ich miłośników, które przekształcają się w ruchy polityczne – zauważa 

Oprócz dyskredytacji organizacji społecznych, Ossowski dostrzega jeszcze inne zagrożenia: to nie tylko ryzyko wykorzystania zasobów publicznych, ale również lobbing. – Chodzi nie tylko o stowarzyszenia, ale również fundacje. Istnieje pokusa, aby do podmiotu tego rodzaju płynęły pieniądze prywatne, a w ślad za nimi oczekiwania. 

Szyld stowarzyszenia jest wygodniejszy – można pod nim prowadzić właściwie działalność partyjną, myśleć już o wyborach, ale niekoniecznie poddając się dyscyplinie przepisów o kampanii wyborczej.

Katarzyna Batko-Tołuć, dyr. zarządzająca Fundacji dla Polski

O to, na czym opiera się popularność stowarzyszeń wśród polityków, „Rzeczpospolita” zapytała Katarzynę Batko-Tołuć, dyrektorkę zarządzającą Fundacji dla Polski i członkinię zwyczajną Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. – Z jednej strony, założyciele podobnych stowarzyszeń lubią udawać organizacje społeczne. Z drugiej, to przekaz antypartyjny: stowarzyszenie ma być więc inne niż partia, lepiej się kojarzyć, osią działalności jest idea, a nie władza – odpowiada.

– Mateusz Morawiecki nie może założyć partii, więc zakłada stowarzyszenie. Zwróciłam uwagę na to, że w debacie publicznej jego organizacja traktowana jest właściwie niczym partia: komentatorzy myślą o niej właśnie w ten sposób, kiedy zwracają uwagę, że będzie budować struktury w terenie. Przy czym dlaczego stowarzyszenie miałoby ich nie mieć – organizacje społeczne również mogą mieć swoje „oddziały”  podkreśla.

Polskie życie partyjne nie wychowuje liderów, ogranicza awans, a z partii nie ma dokąd odejść, by np. kształtować kolejne pokolenia, występując w roli mentorów

Ekspertka ma swoje obawy: – Dostrzegam ryzyko w obchodzeniu przepisów o finansowaniu partii politycznych. Szyld stowarzyszenia jest wygodniejszy – można pod nim prowadzić właściwie działalność partyjną, myśleć już o wyborach, ale niekoniecznie poddając się dyscyplinie przepisów o kampanii wyborczej.

Intelektualna pustynia. Jakub Wygnański: więcej think tanków

Jeszcze od innej strony zagadnienie to analizuje Jakub Wygnański, prezes Fundacji Pracownia Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. To, że możemy woleć organizacje społeczne może nam mówić coś o polskich partiach i polityce w ogóle? – Nie mam problemu z tym, że powstają stowarzyszenia. Nawet jeśli są protopartiami. Zwłaszcza, że prawo najwyższą władzę w stowarzyszeniu przyznaje walnemu zebraniu jego członków, podczas gdy partia jest wodzowska. Nie musi, ale stowarzyszenie jest bardziej odporne na ten wariant – wyjaśnia. – Jaki jest koń każdy widzi, ale nie chodzi o to, aby podobnych działań zabraniać. Stowarzyszenie to również przestrzeń dla podobnie myślących osób, które interesują się życiem publicznym i chcą działać społecznie, ale niekoniecznie mają apetyt na władzę. Dodatkowym atutem jest transparentność, której od stowarzyszeń się wymaga – kontynuuje, informując, że „Stocznia” uruchomiła właśnie serwis poltoraprocent.stocznia.org.pl, który służy wzmocnieniu transparentności finansowania stowarzyszeń. 

Stowarzyszenie może zdaniem prezesa Stoczni konsumować właściwą temu ruchowi energię. – Stowarzyszeniem był KOD. Część związanych z nimi osób przeszła drogę od recenzentów władzy do polityki – mówi. 

Wygnański zwraca również uwagę na problem polskiego życia partyjnego – nie wychowuje się liderów, ogranicza awans, a przy tym nie ma dokąd z nich odejść, by np. kształtować kolejne pokolenia, występując w roli mentorów. – Jeżeli partie nie mają masowego charakteru, degenerują się. Brakuje im tlenu, a więc nowych osób. I na to stowarzyszenie nie pomoże – konkluduje. 

Za ożywczy dla życia publicznego Wygnański uważa „trójkąt” stowarzyszenie, partia i think tank. Tych ostatnich jest zdaniem rozmówcy „Rzeczpospolitej” za mało „na pustyni intelektualno-marzycielskiej”.