Nie możemy budować naszej przyszłości w oparciu o import komponentów produkcyjnych z Chin. Kraj ten właściwie od czasów Mao nieprzerwanie i konsekwentnie wprowadza system nadzoru społecznego, a jego szczególne nasilenie nastąpiło za prezydentury przewodniczącego Xi Jinpinga.
Chiński system nadzoru społecznego ma tyle wspólnego z wartościami cywilizacji zachodniej, co demokracja socjalistyczna z demokracją. W samych Chinach system zachęca sąsiadów do powszechnego szpiegowania i donoszenia na siebie nawzajem w celu wyeliminowania wrogów politycznych. Chiny spędziły dekady, doskonaląc ten system. Teraz eksportują swoją ideologię kontroli państwowej i technologię, która pozwala ją egzekwować. Kraj ten przedstawia się jako wzór skuteczności działania policji, wskazując na niski wskaźnik przestępstw z użyciem przemocy. Jednak ten sam aparat, który zapewnia bezpieczeństwo obywatelom, jest również rutynowo wykorzystywany do tłumienia sprzeciwu wobec władzy.
Poruszanie się jest monitorowane przez sieć kamer monitorujących, z których wiele jest wyposażonych w oprogramowanie oparte na sztucznej inteligencji, rozpoznające twarze i sposób chodzenia. Miliony Ujgurów, w większości muzułmańskiej grupy etnicznej z północno-zachodnich Chin, poddano biometrycznemu zbieraniu danych – pobrano próbki DNA, skany tęczówki oka i próbki wzorców głosu. Policja odwiedzała domy mniejszości ujgurskiej, aby promować politykę partii komunistycznej. Firmy muszą powszechnie rejestrować swoich pracowników w policyjnych bazach danych. W chińskich miastach kamery rejestrujące każdy ruch ludzi na ulicach są wszędzie. Jeśli ktoś przejdzie na czerwonym świetle, natychmiast zostaje to odnotowane w specjalnym systemie punktów karnych, który posiada każdy obywatel, bynajmniej nie tylko dlatego, by strzec porządku publicznego, ale przede wszystkim, by zbierać haki na ludzi, które mogą być kiedyś przeciwko nim wykorzystane.
Xi nazywa ten system „doświadczeniem Fengqiao nowej ery” – nawiązując do miasta we wschodnich Chinach, które w czasach Mao słynęło z zachęcania mieszkańców do „reedukacji” politycznych wrogów. Xi chce tak głęboko zakorzenić partię i jej aparat bezpieczeństwa w codziennym życiu, aby w zarodku tłumić najmniejsze nawet problemy, w tym te o charakterze apolitycznym.
Chiny eksportują system powszechnej inwigilacji
Oferta Pekinu powszechnej inwigilacji obywateli spodobała się wielu autorytarnym i niedemokratycznym państwom w Afryce, Azji Południowo-Wschodniej i Środkowej, a nawet w Europie (tak było na Węgrzech za czasów Orbana), których przywódcy z zadowoleniem przyjęli możliwość skorzystania z pomocy Chin w celu umocnienia swojej władzy.
I tak od 2000 r. Chiny przeprowadziły prawie 900 szkoleń policyjnych w co najmniej 138 krajach (dane Carnegie Endowment for International Peace za „New York Times”), umieściły swoich funkcjonariuszy w siłach policyjnych w Republice Środkowoafrykańskiej, Gwinei Równikowej, Vanuatu, Kiribati czy na Wyspach Salomona. W 2011 r. dostarczyły Ekwadorowi tysiące kamer monitorujących, umożliwiając krajowemu wywiadowi lepsze monitorowanie przeciwników politycznych. Z kolei w 2016 r. wyszkoliły jednostkę południowoafrykańskiej policji, która następnie została wysłana w celu zastraszania i zabijania politycznych rywali ówczesnego prezydenta RPA Jacoba Zumy (wg Africa Center for Strategic Studies, organizacji będącej częścią Departamentu Obrony USA).
Ten swoisty eksport szkoleń policyjnych w celu totalnej inwigilacji obywateli pozwala Chinom sprzedawać swój system jako sukces w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego, a nie porażkę w zakresie praw człowieka.
Nie mamy żadnej kontroli nad komponentami produkcyjnymi czy całymi instalacjami pochodzącymi z Chin. Ich zastąpienie najlepiej własną produkcją wydaje się naszą racją stanu w obecnym otoczeniu geopolitycznym
Ingerencja chińska na Wyspach Salomona
Ciekawy jest przykład odległych Wysp Salomona, które podpisały pakt bezpieczeństwa z Pekinem w 2022 r. Trzy lata wcześniej Chiny odniosły zwycięstwo dyplomatyczne, przekonując rząd tego kraju do zerwania od dziesięcioleci trwających więzi z Tajwanem. To jednak zaostrzyło napięcia między bardziej rozwiniętą wyspą Guadalcanal a biedniejszą, bardziej protajwańską wyspą Malaita. Do krwawych zamieszek doszło w liczącej sto lat społeczności chińskiej, która dominuje w handlu detalicznym, wyrębie lasów i górnictwie.
Kiedy protestujący próbowali szturmować dom ówczesnego premiera wysp, ten podpisał z Chinami porozumienie w sprawie zwalczania „poważnych zagrożeń wewnętrznych”. Ok. 10 członków chińskiej jednostki policyjnej wysłanych na Wyspy Salomona zostało przedstawionych przez chińską propagandę państwową jako przykład życzliwości Pekinu wobec sąsiadów. W komunikatach prasowych chińska policja organizowała pokazy dronów i pokazy kung-fu. Chiny przekazały również sprzęt do tłumienia zamieszek o wartości 1,5 mln dol., w tym kamizelki kuloodporne, tarcze, hełmy oraz kombinezony i rękawice odporne na pchnięcia nożem.
Zdjęcia na stronie internetowej rządu Wysp Salomona pokazywały chińską policję szkolącą lokalnych policjantów w posługiwaniu się pałkami i widłami do tłumienia zamieszek – narzędziami powszechnie spotykanymi w Chinach. Ale kiedy pojawiła się wiadomość, że chińska policja zaproponowała gromadzenie danych biometrycznych, wybuchła fala krytyki. Opozycja salomońska krytykowała chińską „pomoc”, twierdząc że policja nie może mieć uprawnień do gromadzenia ogromnych ilości danych osobowych, rejestrowania danych biometrycznych ani prowadzenia nadzoru nad okolicą, a nacisk modelu Fengqiao na monitorowanie i przymus zagraża harmonii społecznej i lokalnym zwyczajom, takim jak rozstrzyganie sporów przez wodzów wsi. Ostatecznie program pilotażowy Fengqiao w wiosce na Wyspach Salomona został zawieszony. Nie zebrano żadnych danych biometrycznych. W maju 2026 r. Wyspy Salomona wybrały nowego premiera, bardziej sceptycznego wobec Pekinu.
Posiadanie własnego kapitału technologicznego w takich warunkach jest niezwykle istotne, w przeciwnym przypadku będziemy narażeni na to, że mikroprocesory produkcji chińskiej, które znajdujemy w wielu produktach powszechnego użytku, ale też w złożonych instalacjach przemysłowych, w tym tych, które są odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo militarne czy energetyczne, np. w układach sterujących, mogą nagle przestać działać, albo dane wrażliwe dotyczące naszego systemu bezpieczeństwa mogłyby być transferowane tam, gdzie nie chcemy, by trafiły. Nie mamy żadnej kontroli nad komponentami produkcyjnymi czy całymi instalacjami pochodzącymi z Chin. Ich zastąpienie najlepiej własną produkcją wydaje się naszą racją stanu w obecnym otoczeniu geopolitycznym.
Byłoby olbrzymim marnotrawstwem rozwojowym, gdybyśmy za setki miliardów kupowali gotowe produkty za granicą, a gros wydatków inwestycyjnych trafiało do firm zagranicznych
Jest szansa na skok cywilizacyjny
Nie będzie to łatwe, gdyż w wielu dziedzinach, jak np. w panelach fotowoltaicznych czy wiatrakach chińscy producenci hojnie dotowani przez swój rząd osiągnęli duże przewagi konkurencyjne, a przez to pozycję hegemona światowego. Jednak polscy inżynierowie, o czym mogę przekonać się niemalże codziennie, dysponują wiedzą, doświadczeniem i pomysłami, które w niektórych dziedzinach (np. w produkcji polskiego wiatraka) przynoszą zaskakująco dobre rezultaty nie tylko w zakresie parametrów technicznych instalacji, ale przede wszystkim konkurencyjnej ceny, nawet w odniesieniu do chińskiej konkurencji. Do tej pory brakowało im jednak funkcji integracyjnych i wsparcia ekosystemu finansowo-kapitałowego.
Polska wydająca najwięcej w Europie na konieczne wydatki na zbrojenia, czy też realizująca olbrzymi program transformacji energetycznej (ma on kosztować ok. 1 bln zł w ciągu najbliższej dekady) powinna wykorzystać te inwestycje nie tylko na realizację celów punktowych. Trudno sobie wyobrazić, by beneficjentem bilionów wydawanych na inwestycje publiczne nie były polskie firmy, a tak do tej pory niestety w przypadku dużych inwestycji publicznych to wyglądało. Byłoby olbrzymim marnotrawstwem rozwojowym, gdybyśmy za setki miliardów kupowali gotowe produkty za granicą, a gros wydatków inwestycyjnych trafiało do firm zagranicznych.
To też olbrzymia szansa, by nasze firmy lokalne pozyskały nowe kompetencje w zakresie produkcji, serwisu, niezbędnej certyfikacji, zespołów inżynierskich czy praw własności intelektualnej. Nasze firmy wydają się być gotowe do podjęcia nowych wyzwań rozwojowych, o czym miałem się okazję przekonać biorąc udział w misji kilkudziesięciu polskich firm w Waszyngtonie zainteresowanych udziałem w budowie elektrowni jądrowych zarówno dużych tradycyjnych reaktorów, jak również małych modułowych (tzw. SMR). A zainteresowanych było grubo ponad setka.
W sytuacji, kiedy polski budżet w całości finansuje największy jak dotąd projekt budowy trzech reaktorów jądrowych AP1000 za kwotę niemalże 200 mld zł, czyli równowartości prawie 5 proc. naszego rocznego PKB (dzieje się to przy kolejnych 5 proc. PKB rocznie wydatkach budżetu na cele militarne oraz rekordowym strukturalnym deficycie budżetowym, który już spowodował skokowy wzrost długu publicznego powyżej 60 proc. PKB), można oczekiwać, by tym razem udział polskiego komponentu w realizacji tych inwestycji był naprawdę istotny, nawet w sytuacji, jeśli jeszcze tym razem generalny wykonawca pochodzi z zagranicy.
Polski model rozwoju wyraźnie różni się od hiszpańskiego. Po wejściu Hiszpanii do UE (1986 r.) kraj ten, podobnie jak Polska dwie dekady później, zalany został pieniędzmi unijnymi, ale z funduszy tych korzystały głównie rodzime firmy, które budując infrastrukturę zarobiły tyle, że szybko eksportowały swoje usługi
Czym różni się polski model rozwojowy od hiszpańskiego
Polska świetnie wykorzystała okres po 1990 r., w szczególności integrację w ramach UE, która katapultowała naszą gospodarkę w trybie ekspresowym na wyższy poziom rozwoju, głównie dzięki konsekwentnie realizowanym reformom gospodarczo-instytucjonalnym. Te z kolei przyciągnęły licznych inwestorów zagranicznych (po uprzednim rozwiązaniu starych długów komunistycznych wobec wierzycieli publicznych i zagranicznych), zwabionych potencjałem relatywnie dużego rynku ponad 38 mln konsumentów, dobrze wykształconej, ale przede wszystkim taniej siły roboczej, co przekładało się na niskie koszty pracy i przez trzy dekady zapewniało licznym naszym firmom podwykonawstwo i udział w łańcuchach wartości międzynarodowych koncernów globalnych.
Ten udział dotyczył jednak niskoprzetworzonych części łańcuchów tworzenia wartości dodanej, siłą rzeczy ich marżowość była niska. Niska marżowość nie pozwalała z kolei szybko rosnąć i budować silnej pozycji kapitałowej. Często polskie podmioty były też zbyt szybko przejmowane przez inwestorów zagranicznych, zanim same decydowały się na prowadzenie ekspansji zagranicznej.
Polski model rozwoju wyraźnie różni się od hiszpańskiego. Po wejściu Hiszpanii do UE (1986 r.) kraj ten, podobnie jak Polska dwie dekady później, zalany został pieniędzmi unijnymi, ale z funduszy tych korzystały głównie rodzime firmy, które budując infrastrukturę hiszpańską zarobiły tyle, że szybko eksportowały swoje usługi w generalnym wykonawstwie za granicę, stając się szybko liderami światowymi w swoich dziedzinach. Nam modelu hiszpańskiego w ciągu pierwszych 20 lat członkostwa w UE nie udało się powtórzyć, wiele polskich firm generalnego wykonawstwa w tamtym okresie zbankrutowało, nie będąc w stanie poradzić sobie ze zbyt agresywnie interpretowanymi przez rządowe agencje zamawiające przepisami dotyczącymi zamówień publicznych. W efekcie nie doczekaliśmy się polskich marek o światowym stopniu rozpoznawalności i oddziaływaniu.
Jak przejść do nowego modelu rozwojowego
Dotychczasowy model rozwoju gospodarki polskiej jest nie do utrzymania, jeśli w najbliższej dekadzie będziemy chcieli utrzymać dotychczasową dynamikę zrównoważonego wzrostu (zresztą od kilku lat jest on strukturalnie niezrównoważony, wykazując coraz większe deficyty), sporo musimy w nim zmienić. Jak wskazywał niedawno na łamach „Rzeczpospolitej” Jan Szomburg, „Polska nie może opierać dalszego rozwoju głównie na montażu, podwykonawstwie i uczestnictwie w cudzych projektach biznesowych. Musimy przejść do modelu, w którym większa część marży zostaje w kraju – dzięki własnym technologiom, produktom, markom i firmom zdolnym do międzynarodowej ekspansji”. Jeśli tego nie dokonamy, gospodarka nasza będzie tracić konkurencyjność. Pytanie, jak tego dokonać?
Szomburg sugeruje, by państwo odegrało w tym procesie ważną rolę: powinno być zarówno mądrym zamawiającym, architektem rynku, jak i organizatorem współpracy. Powinno też być inicjatorem tworzenia całego ekosystemu finansowania dla firm, czyli wspierać eksport, finansować część ryzyka, łączyć biznes z nauką i administracją oraz premiować nie samą innowacyjność (czyli część dotyczącą samych badań), ale przede wszystkim fazę komercjalizacji wynalazków, czyli zdolność przejścia od pomysłu do produktu, jego produkcji i sprzedaży, a to są krytyczne elementy komercyjnych wdrożeń, które decydują, czy innowacja zostanie wdrożona czy nie.
Jakim zapleczem finansowym dysponujemy
Wydaje się, że dużo w tym zakresie w ostatnim czasie dzieje się u nas dobrego. Grupa PFR (z ARP, KUKE, PAIH, PARP, licznymi funduszami rozwojowymi, jak PFR Ventures, PFR TFI, w tym przeznaczonymi na start-upy technologiczne), Bank Gospodarstwa Krajowego z wieloma programami i funduszami dedykowanymi dla wsparcia MSP i środowiska start-upów, fundusze CVC w grupach energetycznych kontrolowanych przez rząd tworzą coraz bardziej znaczący ekosystem wspierający tworzenie kapitału technologicznego.
Dodatkowo takie instytucje jak CBN czy NCBR wyposażone są w naprawdę duże fundusze badawczo-rozwojowe, porównywalne np. ze środkami federalnymi odpowiednich instytucji USA. Jako członek rady tego drugiego chcę jednak zaznaczyć, że jest jeszcze sporo pracy przed nami, by przestawić konstrukcję programów wspierających badania i rozwój (na te wydatki Polska przeznaczała w 2025 r. zaledwie 1,56 proc. PKB, odstajemy tym samym od średniej unijnej przekraczającej 2,3 proc. oraz liderów takich jak Szwecja – ponad 3,5 proc. PKB) w taki sposób, by wspomagać i preferować przede wszystkim badania z wysokim potencjałem wdrożeń komercyjnych, a nie skupiać się wyłącznie na części badań, z których nic nie wynika, a tak to niestety dotąd w przeważającej mierze wyglądało.
Ukryte czempiony w krajach niemieckojęzycznych
Jan Szomburg twierdzi, że polskie firmy są zbyt małe, by konkurować globalnie, a rozproszone zasoby kierowane są przede wszystkim do dużych firm, kontrolowanych przez państwo. Jednak model gospodarki krajów niemieckojęzycznych (Niemiec, Szwajcarii i Austrii), których gospodarki są bardzo innowacyjne (chociaż rzadko słyszymy o ich technologicznych gigantach na miarę Doliny Krzemowej w USA), pokazuje, że ich „Mittelstand” (MŚP) jest w stanie wykreować liderów technologicznych budujących przewagi konkurencyjne oparte na zaawansowanej technologii i skutecznej kooperacji biznesu z nauką.
Takie firmy nie są wprawdzie specjalnie widoczne, ale w swoich wąskich dziedzinach są globalnymi hegemonami. Są niewidoczne, gdyż skupiają się głównie na wyspecjalizowanej aktywności B2B, dlatego przeciętny konsument ich nie dostrzega. Niemniej są one zwykle w rankingach Top 3 największych firm w swojej branży na świecie, a ich roczne obroty zwykle nie przekraczają 5 mld dol. Firmy te zamiast szerokiego asortymentu, stawiają na wąską specjalizację o zasięgu globalnym. Są to przeważnie firmy rodzinne, napędzane długoterminowym kapitałem, dalekim od spekulacji, gdyż planują one swój rozwój w perspektywie dekad, nie kwartałów. Charakteryzują je wysokie nakłady na B+R, a większość z nich ma prowincjonalne korzenie (takim obszarem są miejscowości bawarskie czy w Schwarzwaldzie) i stawia na pionową integrację, gdzie własne know-how jest rzadko outsourcowane.
Z punktu widzenia budowy efektywnego ekosystemu innowacji europejski model krajów niemieckojęzycznych pokazuje, że siła gospodarki nie musi opierać się wyłącznie na wielkich, rozpoznawalnych powszechnie korporacjach
Pora na studia przemienne
Współpraca takich firm z uczelniami jest zupełnie różna niż w Polsce, gdyż wymaga innej formuły akademickiej. Często przyjmuje ona formę studiów dualnych (podobnych do znanych w Polsce studiów przemiennych – red.), gdzie studenci jednocześnie pracują i studiują. Dobrym przykładem jest tutaj Duale Hochschule Baden-Wuerttemberg (DHBW), na której studiuje 34 tys. studentów współpracujących z 8 tys. przedsiębiorstw. A to właśnie w tym kraju związkowym RFN zarejestrowanych jest najwięcej ukrytych czempionów (hidden champions) nowych technologii. W tym modelu student nie aplikuje najpierw na studia, ale podpisuje umowę szkoleniową z firmą, od której przez trzy lata studiów licencjackich pobiera stałą pensję (80-1500 euro), a sama edukacja odbywa się w trzymiesięcznych interwałach, czyli po trzech miesiącach nauki akademickiej na uczelni następują trzy miesiące pracy projektowej w firmie.
Dzięki temu absolwent takiej uczelni dysponuje dwuletnim doświadczeniem w niszowej technologii danej firmy i jest w pełni produktywnym inżynierem B+R. Młodzi inżynierowie chętniej z kolei zostają w mniejszych miejscowościach, chroniąc tym samym unikalne know-how firmy przed migracją do konkurencji w metropoliach.
Z punktu widzenia budowy efektywnego ekosystemu innowacji europejski model krajów niemieckojęzycznych pokazuje, że siła gospodarki nie musi opierać się wyłącznie na wielkich, rozpoznawalnych powszechnie korporacjach. Takich ukrytych czempionów jest w samych Niemczech prawie pięć razy więcej niż w USA. Jeśli Niemcy poradzą sobie ze swoją polityką energetyczną, w której w ostatnich kilku dekadach popełniali same błędy, szybko ponownie doszlusują do światowej czołówki. Z uwagi na bardzo dużą liczbę MŚP w Polsce wydaje się, że model krajów niemieckojęzycznych mógłby dobrze przyjąć się w Polsce, a tym samym wymusić konieczne reformy systemu edukacji wyższej i jego dopasowania do aktualnych potrzeb gospodarki realnej.
Mamy zatem w dziedzinie nowego modelu rozwojowego polskiej gospodarki spory dystans do nadrobienia, ale zaczynamy dobrze rozumieć, że dalej tak nie pojedziemy. Dobrze byłoby, gdyby ten temat stanął w centrum debaty publicznej polskiej polityki przed zbliżającymi się szybko wyborami parlamentarnymi w 2027 r. Wobec zagrożeń geopolitycznych, geostrategicznych i rozwojowych, polska polityka nie może być kształtowana przez PR-owców. Reformy po 1989 r. udały się dzięki szerokiemu konsensusowi społeczno-politycznemu, który wtedy mieliśmy. Dzisiaj musi być podobnie.