Macronizm w odwrocie. Czy liberalną Francję uda się uratować?

W tej kampanii kandydaci partii prezydenta nie chcą mieć zdjęcia z nim na plakatach, jest on tak niepopularny. Trzy lata przed końcem kadencji kończy się era macronizmu.

Publikacja: 20.06.2024 04:30

Emmanuel Macron

Emmanuel Macron

Foto: AFP

Paraliż kraju: taki scenariusz wydaje się dziś najprawdopodobniejszy po wyborach parlamentarnych 30 czerwca i 7 lipca. Sondaż instytutu Harris podaje, że żadna z wielkich formacji politycznych nie uzyska w ich wyniku 289 mandatów, jakie zapewniają większość w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym.

Skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe miałoby dostać od 235 do 265 deputowanych, nowy sojusz lewicy występujący pod nazwą Front Ludowy od 115 do 145 posłów, a liberałowie związani z prezydentem od 125 do 155 szabel. Swoich przedstawicieli (od 40 do 55) mieliby też mieć Republikanie – spadkobiercy gaullistowskich konserwatystów.

– Z takim układem nie da się zbudować trwałej większości. Rząd, który powstanie, od razu upadnie przy głosowaniu budżetu w październiku. Tyle że zgodnie z konstytucją prezydent nie może rozwiązać parlamentu przed upływem roku. Wchodzimy więc w okres blokady władzy – mówi „Rzeczpospolitej” wysokiej rangi przedstawiciel francuskich władz.

Czytaj więcej

Jest deklaracja lidera partii Le Pen ws. pomocy wojskowej dla Ukrainy

Jego zdaniem to de facto oznacza koniec „macronizmu”, wielkiego programu reform, jaki w maju 2017 roku wyniósł do Pałacu Elizejskiego najmłodszego przywódcę kraju od Napoleona Bonaparte. 

W 2017 roku Emmanuel Macron chciał przekształcić Unię w potęgę. Dziś przyznaje, że jest „śmiertelna”

Skoro Macron, do którego zaufanie deklaruje ledwie 24 proc. Francuzów (tylko o punkt więcej niż u szczytu kryzysu „żółtych kamizelek” przed sześciu laty), ma związane ręce, to choć do wyborów prezydenckich pozostały trzy lata, można już pokusić się o zarys bilansu, z jakim przejdzie do historii.

W noc wyborczą 7 maja 2017 roku zwycięski Emmanuel Macron poszedł na spotkanie z ludem Francji nie w takt „Marsylianki”, ale finałowej kantaty IX symfonii Beethovena – hymnu Europy.

To był sygnał, że Unia będzie odgrywała kluczową rolę w programie nowego prezydenta. Chciał przekształcić ją w „suwerenną potęgę”. Jednak w wywiadzie sprzed miesiąca dla „Economista” prezydent sam z przerażeniem stwierdzał, że „Unia jest śmiertelna”. – Załamanie może potoczyć się bardzo szybko – ostrzegał. 

Czytaj więcej

Zjednoczenie Narodowe chce sprywatyzować media publiczne. „Potrzebują wolności"

Przez te siedem lat Wspólnota osiągnęła sporo. Zaangażowała się w obronę demokracji, w szczególności w Polsce i na Węgrzech. Uzgodniła ambitny plan walki z ociepleniem klimatu. Potrafiła koordynować walkę z pandemią i już trzeci rok utrzymuje wspólny front w sprawie Ukrainy, w szczególności poprzez nałożenie sankcji na Moskwę. 

Jednak nie ma mowy o przebudowie instytucjonalnej Unii, jakiej pragnął Macron (prezydent Europy desygnowany w wyborach powszechnych czy zwielokrotnienie budżetu Brukseli): w Paryżu i Berlinie nikt nie zamierza ryzykować kryzysem, gdyby doszło do otwarcia unijnych traktatów. 

– Unia choruje na brak przywództwa. Nikt nie jest w stanie nadać jej kierunku działania – mówi „Rzeczpospolitej” wysoki rangą niemiecki dyplomata. 

Sam Macron uważa, że wobec wojny w Ukrainie i możliwego powrotu do Białego Domu Donalda Trumpa priorytetem jest budowa autonomicznej polityki obronnej. Choć jednak większość krajów Unii zaczęła gwałtownie podnosić wydatki na zbrojenia, to nie ma mowy o koordynacji strategii zagranicznej: francuski prezydent nie jest w stanie ułożyć się choćby z kanclerzem Olafem Scholzem. 

Poczucie braku bezpieczeństwa: to najbardziej zaciążyło na ocenie prezydenta przez Francuzów

Słabość Unii bierze się przede wszystkim ze słabości jej krajów członkowskich, zaczynając od drugiego najważniejszego: Francji. Jeśli jest jeden powód, dla którego marnie zakończyła się kariera polityczna poprzednika Macrona Franҫois Hollande’a to jest nim porażka w walce z bezrobociem. Tu obecny prezydent osiągnął sporo. W 2023 roku udział bezrobotnych (7,1 proc. osób w wieku produkcyjnym) spadł do najniższego poziomu od 1982 roku (teraz nieco wzrósł do 7,5 proc.). Jednym z powodów jest udana liberalizacja reguł na rynku pracy. Innym uatrakcyjnienie warunków działania firm międzynarodowych w ramach programu Choose France: w ub.r. kraj zdołał przyciągnąć 15 mld euro obcych inwestycji na czele z fabryką Microsoftu w Miluzie o wartości 4 mld euro. 

Ale jest i ciemniejsza strona tego medalu. S&P 31 maja obniżył notowanie francuskiego długu do poziomu Portugalii: cztery oczka poniżej Niemiec. Kraj jest zadłużony po uszy (115 proc. PKB), a obietnica Macrona sprowadzenia deficytu budżetowego poniżej 3 proc. PKB spełzła na niczym.

Czytaj więcej

Marine Le Pen poprowadzi Francję ku bankructwu?

Pytani, czemu odwracają się od prezydenta, Francuzi wskazują na słabość usług państwa: szkolnictwo, służbę zdrowia, policję. To przypadłości, które Francja podziela z wieloma innymi krajami Unii. Tyle że nie ma ona we Wspólnocie równych, gdy idzie o udział wydatków publicznych (prawie 60 proc. PKB). Inaczej mówiąc, Francuzi płacą jak za zboże za mierność, którą inni mają o wiele taniej.

Macron zderzył się z mentalnością kraju, którego centralizacja przynajmniej od kardynała Richelieu (XVII wiek) jest bardzo posunięta. 

To jednak przede wszystkim poczucie braku bezpieczeństwa zaciążyło na bilansie prezydenta. Narzeka na to 76 proc. ankietowanych nad Sekwaną. Francuzi wiążą to w szczególności z nadmierną imigracją. Co prawda liczba przyjezdnych netto (około 200 tys. rocznie) jest niepomiernie mniejsza niż w mającej podobną ludność Wielkiej Brytanii (700 tys.). Jednak gwałtowne zamieszki na zamieszkanych w większości przez ludność muzułmańską przedmieściach latem zeszłego roku tylko umocniły społeczeństwo w przekonaniu, że państwo już nie kontroluje, kto mieszka na jego terenie. 

W 2017 roku Macron dokonał rzeczy niezwykłej: po raz pierwszy od Wielkiej Rewolucji Francuskiej przełamał podział sceny politycznej na lewicę i prawicę, budując ogromny ruch centrowy. Wykorzystał narastającą polaryzację sceny politycznej, zmęczenie tradycyjnymi ugrupowaniami (Partią Socjalistyczną i Republikanami).

Jednak siedem lat później ta sama polaryzacja dosięgnęła i jego. Teraz to Macron jest uważany za część dla wielu skompromitowanego establishmentu. Jego ugrupowanie znalazło się w potrzasku między radykalną lewicą Frontu Ludowego a skrajną prawicą Zjednoczenia Narodowego. Tradycyjny podział sceny politycznej odziedziczony po Wielkiej Rewolucji Francuskiej wraca z nową siłą. Liberalny eksperyment Emmanuela Macrona okazał się przejściowym epizodem w historii kraju. 

Paraliż kraju: taki scenariusz wydaje się dziś najprawdopodobniejszy po wyborach parlamentarnych 30 czerwca i 7 lipca. Sondaż instytutu Harris podaje, że żadna z wielkich formacji politycznych nie uzyska w ich wyniku 289 mandatów, jakie zapewniają większość w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym.

Skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe miałoby dostać od 235 do 265 deputowanych, nowy sojusz lewicy występujący pod nazwą Front Ludowy od 115 do 145 posłów, a liberałowie związani z prezydentem od 125 do 155 szabel. Swoich przedstawicieli (od 40 do 55) mieliby też mieć Republikanie – spadkobiercy gaullistowskich konserwatystów.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Polityka
Biden zapowiada powrót na szlak kampanii. "Wiemy, dokąd prowadzi nas Trump"
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Polityka
Nieoficjalnie. Obywatel Niemiec skazany na śmierć na Białorusi
Polityka
Ursula von der Leyen zapowiada korekty. "Wszyscy mamy poczucie, że UE potrzebuje zmian"
Polityka
Przemysław Wipler o zatrzymaniu Romanowskiego: Nie zostawia się kolegów
Polityka
Joe Biden coraz poważniej myśli o wycofaniu się. Demokraci: To kwestia czasu