Dziś to przesłanie, które Sunak raz jeszcze powtórzył w niedzielę, trafia mocniej do Brytyjczyków po katastrofie, jaką sprowadziła na kraj Truss: z jej powodu kurs funta spadł do najniższego poziomu do dolara w historii, zaczęto się niepokoić o wypłacalność kraju. W niedzielę po południu Sunak mógł zdaniem BBC liczyć na poparcie 136 deputowanych. I w opinii byłego szefa brytyjskiej dyplomacji Dominica Raaba liczba jego zwolenników „rosła z godziny na godzinę”.
136 głosów to niepomiernie więcej niż to (23), na co mogła liczyć przewodnicząca Izby Gmin Penny Mordaunt. A także Boris Johnson. Co prawda były minister handlu i jeden z najbliższych sojuszników byłego premiera Jacob Rees-Mogg zapewniał w niedzielę, że „nie ma żadnego problemu z zebraniem poparcia stu deputowanych”, jednak BBC doliczyła się ich jedynie 56.
Johnson, który zakończył 6 września swoje pożegnalne przemówienie cytatem z „Terminatora”: „hasta la vista, baby”, zdecydowanie nie chce uznać sprawy za przegraną. Zaraz po powrocie ze skróconych wakacji na Dominikanie spotkał się w piątek z Sunakiem, próbując go namówić na „deal”, zgodnie z którym ten ostatni miałby zająć ważne stanowisko w jego rządzie. Bez skutku. Przeciw powrotowi Johnsona opowiedziało się też wielu prominentnych członków Partii Konserwatywnej, w tym sam lord Frost, negocjator brexitu.
Nowy Blair
Tu chodzi o instynkt samozachowawczy. Najnowszy sondaż YouGov daje torysom ledwie 19 proc. poparcia (wobec 41 proc., jakie uzyskali w ostatnich wyborach pod koniec 2019 r.), podczas gdy laburzyści mogliby liczyć na 56 proc. głosów. Jeśli więc konserwatyści nie znajdą szybko polityka, który po latach wstrząsów spowodowanych brexitem, pandemią, kryzysem energetycznym, inflacją i skutkami wojny w Ukrainie wyprowadzi kraj na prostą, dojdzie do przytłaczającego zwycięstwa Partii Pracy, które można będzie porównać jedynie z tryumfem Tony’ego Blaira, który w 1997 r. zdobył dla swojego ugrupowania 179-osobową większość w Izbie Gmin. Dlatego lider laburzystów Keir Starmer w niedzielę raz jeszcze zaapelował o rozpisanie przedterminowych wyborów już teraz. Muszą się one odbyć najpóźniej w styczniu 2025 r.
– Politycy powinni wreszcie powiedzieć wyborcom prawdę o sytuacji kraju – przekonywał w tym samym czasie były prezes Banku Anglii lord Mervyn King. Johnson, który słynie z permanentnych kłamstw, z pewnością taką osobą nie jest. Gdy w piątek rynki finansowe dowiedziały się, że może znów być premierem, rentowność brytyjskich obligacji poszybowała, bo inwestorzy uznali, że pożyczanie państwu z takim szefem rządu jest ryzykowne. Wciąż zresztą nie zamknięto śledztwa w sprawie „partygate”: udziału Johnsona w imprezach w siedzibie rządu w czasie, gdy z powodu pandemii obowiązywały surowe reguły dystansu społecznego. Może się ono zakończyć nawet utratą przez niego mandatu poselskiego, jaki uzyskał w okręgu Uxbridge.
A jednak Johnson nie jest bez szans. Jeśli uzyskałby głosy brakujące do liczby 100 deputowanych, stałby się wręcz faworytem. A to dlatego, że wśród szeregowych członków partii zachowuje on wielką popularność. Podczas gdy większość Brytyjczyków uważa dziś, że brexit był błędem, w tym środowisku wyjście z Unii cieszy się wciąż dużym poparciem. A bez Johnsona mogłoby do niego nie dojść.