– Potwierdzam, to jest prawda – powiedział zastępca szefa ukraińskiej administracji obwodu chersońskiego Jurij Sobolewskij o wyjeździe rosyjskiego dowództwa z zagrożonych terenów. Rosyjscy dowódcy porzucili swoje oddziały na zachodnim brzegu Dniepru i przenieśli się na bezpieczniejszy, wschodni.

– Rosjanie nie mają jednej drogi zaopatrzeniowej, bezpiecznej i zapewniającej odpowiednie dostawy wojskom skoncentrowanym wokół Chersonia. To pewnie był powód wycofania się dowództwa z Chersonia – wyjaśnił.

Czytaj więcej

Chersoń: Rodziny rosyjskich wojskowych „w panice” opuszczają miasto

Ukraińska armia uszkodziła wszystkie mosty przez Dniepr, jakimi posługiwała się rosyjska armia. Teraz pozostały jej tylko dwie przeprawy promowe. Ale by przetransportować ciężarówki z zaopatrzeniem na drugą stronę bardzo szerokiej rzeki, potrzeba około trzech godzin. W dodatku do wojskowych transportów na promach okupanci dołączają cywilne samochody, by uniemożliwić ich ostrzał.

„Przy ograniczonych dostawach wielkość zapasów, jakie Rosja zdołała zgromadzić na zachodnim brzegu, będzie kluczowa dla wytrzymałości jej sił” – stwierdził brytyjski wywiad. Ale po dotkliwych porażkach, jakie zadała jej wiosną ukraińska armia, Rosja postawiła na taktykę zależną wprost od dobrego zaopatrzenia. „Powrócili do zmasowanego ostrzału artyleryjskiego ukraińskich pozycji, trwającego kilka godzin, torującego drogę atakom piechoty” – stwierdził European Council on Foreign Relations.

Taki sposób walki na pewno powoduje duże straty wśród obrońców, jednak Kijów nie informuje, ilu żołnierzy ginie w walkach. Nie ogłasza też powszechnej mobilizacji. Z drugiej strony Ukraińcy – wsparci zachodnim uzbrojeniem – nauczyli się zadawać atakującym ogromne straty. Na początku ubiegłego tygodnia Pentagon szacował, że Rosjanie tracą 200 ludzi dziennie. Jednak już pod koniec tygodnia zastępca sekretarza obrony Colin Khal mówił o 500 rosyjskich żołnierzach codziennie zabijanych i ranionych. W ten sposób amerykańskie szacunki rosyjskich strat zbliżyły się do ukraińskich.

– W naszym pułku jest teraz (tylko) 320 ludzi, (ostatnio) straciliśmy 52. Są zabici, są ranni, ale jest dużo dezerterów – skarżył się jeden z rosyjskich żołnierzy w telefonicznej rozmowie przechwyconej przez ukraiński wywiad.

Kreml stanął przed nierozwiązywalnym problemem uzupełnienia strat. Rekrutacja – bez ogłaszania mobilizacji – prowadzona jest różnymi sposobami. Najbardziej zdeterminowanych żołnierzy dostarczają firmy werbujące najemników: dwie bezpośrednio podporządkowane Ministerstwu Obrony i jedna, słynny „Wagner”, związana z „kucharzem Putina”, milionerem Jewgienijem Prigożinem. Szczególnie ci ostatni cieszą się uznaniem wśród rosyjskich wojsk w Donbasie. Prigożin werbuje nawet więźniów w łagrach. – Interesują nas mordercy i bandyci – miał mówić więźniom pod Petersburgiem. Ale spośród około tysiąca więźniów wysłanych na front od końca lipca obecnie podobno żyje już tylko 200.

W dodatku Ukraińcy namierzyli w niedawno zdobytej przez Rosjan miejscowości Popasna jeden ze sztabów „Wagnera” i trafili go rakietami HIMARS. W tym miejscu wcześniej był sam Prigożin, któremu spodobała się rola dowódcy wojskowego. W rezultacie od chwili rakietowego ataku nie ma z nim żadnego kontaktu i nie wiadomo, czy żyje. Ewentualna śmierć milionera pozbawi rosyjską armię znacznej części uzupełnień.

Kolejnymi są „ochotnicze bataliony” formowane w poszczególnych regionach kraju. Akcja trwa od czerwca, ale dopiero w ostatni weekend zaczęto szukać ochotników w największych miastach, które tradycyjnie są najbardziej niechętne Putinowi. „Wskazuje to wyraźnie, jak zła jest sytuacja (na froncie)” – stwierdził jeden z zachodnich analityków. Wszyscy bowiem sądzą, że milionowe miasta bardzo źle przyjmą „ochotniczą mobilizację”, mimo iż już wcześniej w Petersburgu zaczęto formować trzy takie bataliony.

Ochotnicy wysyłani są na wojskowe poligony w pobliżu miejscowości Molkino (w obwodzie niżnonowogrodzkim). „Nie wiadomo, skąd ich pozbierali. Mordy sine, dzicy absolutnie, jakby ludzi wcześniej nie widzieli, realnie strach wychodzić na ulicę” – skarży się jedna z mieszkanek. „Zamiast szkolić się, pałętają się po ulicach, ciągle pijani i przystawiają do kobiet” – pisze inna w Telegramie.