Może dojść do agresji między USA a Chinami?

Niestety jest to bardzo realny scenariusz. Wydaje się, że Chińczycy są dość pragmatyczni, powinni brać pod uwagę, jakie sankcje dotknęły Rosję – i to być może ich trochę ostudzi. Doktryna prezydenta Chin wyraźnie zakłada, żeby przyłączyć Tajwan do Chin, w związku z tym ryzyko wojny jest duże.

Czy USA będą studziły ten konflikt? Wizyta Nancy Pelosi na Tajwanie była potrzebna?

Nancy Pelosi nie odgrywa roli w działaniach wykonawczych władz amerykańskich. Jej wizyta miała znaczenie symboliczne, potwierdzające amerykańskie poparcie dla Tajwanu. W tym momencie – gdy jest już wystarczająco dużo zagrożeń na świecie – uważam, że nie była to wizyta konieczna. Być może była ona zaplanowana już wiele miesięcy temu i Amerykanie nie chcieli się wycofać, żeby nie pokazywać, że ulegają chińskim naciskom. Gdybym był doradcą prezydenta USA, to doradzałbym zmniejszenie napięcia wokół Tajwanu. Walka na dwóch frontach jest bardzo ryzykowna, co nie raz pokazała historia. Mając otwarty front z Rosją Putina, należałoby zmniejszyć napięcie chińsko-amerykańskie. Chińczycy korzystają z tej sytuacji. Zaangażowanie Amerykanów w Ukrainie stwarza okazje, żeby coś więcej ugrać.

Czy Chiny stać na agresję i mogą postąpić podobnie jak Rosja?

Chiny na pewno na to stać, to bogaty kraj, który dysponuje olbrzymimi możliwościami, także militarnymi. Jednak pamiętajmy, że Tajwan z pomocą Ameryki to nie jest łatwy cel do zdobycia. Podobnie jak w Ukrainie, w Tajwanie nie będzie blitzkriegu. Chińczycy wiedzą, że uwikłanie się w walkę o Tajwan to trudna militarnie operacja. Pamiętajmy, że mówimy o wyspie, co utrudnia przeniesienie żołnierzy na jej terytorium. Obrona rakietowa, przeciwlotnicza i morska Tajwanu jest bardzo dobrze zorganizowana. Pytanie, co siedzi w głowie XI Jinpinga i jak chce zapisać się w historii. Pamiętajmy, że kierownictwo w Chinach – mimo wielkiej roli przewodniczącego – jest jednak kolektywne. Jasne jest, że rozpoczęcie wojny o Tajwan oznacza zburzenie świata, który znamy. Zostaną zerwane więzi gospodarcze i relacje handlowe. Byłby to też koniec globalizacji, na której Chiny bardzo korzystały. Nie chciałbym tego nazywać trzecią wojną światową, ale byłby to na pewno koniec ładu światowego, który znamy.

Jak napięcie za oceanem może wpłynąć na Polskę?

Po pierwsze będzie to miało znaczenie dla tego, co dla nas – z punktu widzenia bezpieczeństwa – jest najważniejsze, czyli zaangażowania amerykańskiego w Ukrainie. Wiemy, że bez poparcia amerykańskiego w zakresie militarnym i politycznym Ukraińcy nie dadzą sobie rady. Ukraińcy walczą wspaniale, a nawet odnoszą pewne sukcesy, odbierając okupowane tereny. Ukraińcy nie przegrywają wojny militarnie, ale właśnie dzięki pomocy amerykańskiej. Jednak cała ta rozmowa jest na razie tylko teoretyczna.

Tajwan rozmieścił już system obrony rakietowej.

Musi, bo to jest jego obowiązek. Tajwan uważa się za państwo niepodległe i musi zrobić wszystko, żeby wzmocnić swoje bezpieczeństwo. Konsekwencją takiego konfliktu dla Polski jest mniejsze zaangażowanie USA w Ukrainie, co może spowodować zdobycie – przynajmniej części – Ukrainy. Przełoży się to także na gospodarkę, Covid-19 pokazał już, co oznacza rozbicie łańcuchów dostaw. Okazało się, że to, co było dostępne z dnia na dzień – ze względu na brak części z Chin – jest dostępne dopiero po roku lub dwóch. W przypadku wojny łańcuchy dostaw mogą być całkowicie zatrzymane i wtedy dla ogromnej części gospodarki światowej, także polskiej, to będzie kłopot. I tak już – ze względu na manipulacje Putina – mamy inflację i recesję, a konflikt amerykańsko-chiński wprowadziłby gospodarki światowe w stan głębokiej recesji.

Jesteśmy bliżej czy dalej porozumienia między Ukrainą i Rosją?

Jesteśmy w tym samym punkcie, w jakim byliśmy jeden–dwa miesiące temu. Scenariusz Putina się nie spełnił i nie udało się pokonać Zełenskiego w ciągu kilku dni ani go zabić. Obecnie Rosjanie w kilku miejscach posuwają się naprzód, ale bardzo wolno. Ruchy wojsk rosyjskich nie pozwalają wierzyć, że do zimy dokona się jakiś przełom. Zima może być okresem uspokojenia, ponieważ warunki atmosferyczne będą gorsze i obie strony będą już wyczerpane na poziomie ludzkim, a to sprawi, że będą musiały dokonać zmian. To nie oznacza zakończenia wojny, ale lekkie wyciszenie konfliktu. Jest pewna nadzieja związana z sierpniem, w którym Ukraińcy przy pomocy nowoczesnej broni rakietowej mogą dokonać poważnej ofensywy w kierunku Chersonia. Gdyby udało się Ukraińcom zdobyć tak duży ośrodek, jak Chersoń, to miałoby to ogromne znaczenie symboliczne i mogłoby dać impuls dowódcom rosyjskim do przekonania Putina, by załatwił ten konflikt inną drogą. Czy Putin po czymś takim byłby skłonny zaproponować rozejm i chęć podjęcia negocjacji? Nie wiem. Dla Ukraińców negocjacje są bardzo trudne, ponieważ wszystkie rozmowy będą prowadzić do tego, żeby Ukraina zgodziła się na utratę części terytoriów. To jest nie do zaakceptowania przez żadnego polityka. Gdyby Zełenski zgodził się na coś takiego, to zostałby zmieciony przez samych Ukraińców, ponieważ społeczeństwo chce walczyć. Jesteśmy w sytuacji patowej, to konflikt na długie lata.

Nie ma nacisku przez kraje zachodnie na Ukrainę?

Na razie – przynajmniej oficjalnie – takich stanowisk nie ma. Naciskanie na Zełesnkiego, żeby podpisał układ, w którym traci 40 proc. swojego terytorium, będzie triumfem Putina. Putin po takim układzie pójdzie dalej po brakujące 60 proc. Ukrainy i Mołdawię. Trzeba doprowadzić do sytuacji, w której Ukraina będzie mogła powiedzieć, że odniosła sukces i obroniła wartości demokratyczne i wolność. Nastroje opinii publicznej na świecie mogą być bardzo minorowe ze względu na zimę, ograniczenia energetyczne i inflację. Wczoraj w Hiszpanii ogłoszono, że budynki publiczne nie będą oświetlone i temperatura w tych budynkach nie może być za wysoka. To są wszystko przykrości, które trzeba przeżyć, żeby nie doprowadzić do największej przykrości, czyli zniszczenia demokracji i utraty wolności. Na obecnym etapie dogadanie się Rosji z Ukrainą oznacza utratę terytoriów przez Ukrainę i zwycięstwo Putina. Jeżeli w tym jest jakikolwiek kompromis, to ja go nie widzę. Gdyby tak się stało, to będzie to wielka klęska świata demokratycznego.

Czy PiS da się pokonać opozycji?

PiS ma wygrane te wybory o tyle, że uzyska najwięcej głosów. Ale wynik wyborów jest otwarty. Do wyborów jest dużo czasu, a kampania trwa. Kampania ma to do siebie, że pokazuje wszystkie możliwe słabości i konfrontuje ludzi z obecnymi działaniami władzy. Wojna i stan niebezpieczeństwa na pewno są pomocne dla rządzących, ponieważ to oni podejmują decyzje, mają pieniądze i dostęp do wszystkich mediów. Na niekorzyść PiS-u działa inflacja, sytuacja gospodarcza i kłopoty, które będą z energią. Wspólnoty mieszkaniowe już teraz ogłaszają, że zwiększą rachunki za energię o 170 proc. To będzie sytuacja, która nieuchronnie będzie ograniczała możliwości zwycięstwa PiS-u. Gdy obserwuje się ostatnie sondaże, to suma głosów, które padają na opozycję, są zbliżone z PiS-em. Wynik wyborów jest nierozstrzygnięty. Najwięcej będzie zależeć od sytuacji gospodarczej i tego, jak będzie się rozwijać sytuacja za naszą wschodnią granicą. Być może zdarzą się jeszcze jakieś błędy polityków i kolejne afery. Mobilizacja społeczeństwa ma ogromne znaczenie.

Objazdy Jarosława Kaczyńskiego po Polsce chyba nie służą PiS-owi? Wciąż nie ma również środków z KPO.

Jedno i drugie się nie przysłuży. Kampania Kaczyńskiego jest oparta o to, żeby umocnić swój żelazny elektorat, ale błąd polega na tym, że nie rozszerza w ten sposób swojej bazy wyborców. Jednocześnie popełnia gafy i mówi głupstwa, co daje niezwykle dużo materiałów dla przeciwników. Dlatego przerwali tę kampanię – zysk był mniejszy niż straty. Do jesiennej kampanii podejdą pewnie lepiej przygotowani. Zamiast pogadanek prezesa powinni objaśniać, co zrobią w konkretnych sprawach. Uwaga, że nasze dzieci za dużo czasu spędzają w smartfonach, jest słuszna, ale wzbudza uśmiech, bo jest to próba zawracania kijem Wisły. Natomiast KPO to poważny zarzut, ponieważ przez konflikt w rządzie nie skorzystano z ogromnych środków potrzebnych Polsce. Po ośmiu latach rządzenia żadna partia na świecie nie ma lekko, a w polskich warunkach PiS będzie mieć szczególnie ciężko. Osobną kwestią jest, na ile partie opozycyjne przestawią interesujące programy. Walka z inflacją to świetne hasło, ale pytanie, jak to zrobić.

Czy twórcy filmu „Gierek” wiedzieli, jak przygotować rzetelną biografię pierwszego sekretarza?

To bardzo zły film. Rozumiem, że jakiś reżyser chce w dobrym świetle pokazać Edwarda Gierka, ale film jest strasznie daleko od realiów historycznych. Gierek nadał polskiej polityce pewną elegancję, ale jak widziałem w tej roli Michała Koterskiego, to tego nie dostrzegłem. Film mogę uznać za pastisz, ale na pewno nie jako rzetelną biografię.

Twórcy filmu bronią się, że Polakom „Gierek” się podobał, bo na Netflixie był często oglądany.

To nie jest pierwszy słaby film, który był oglądany.

Mateusz Morawiecki nie staje się nowym Gierkiem, który daje kolejne pieniądze przed wyborami, powodując wzrost inflacji?

Co by nie mówić o Gierku, to większość kredytów szła na inwestycje. Za Gierka wybudowano Hutę Katowice, fabrykę w Bielsku-Białej i Tychach, a także dużo mieszkań. Problem polegał na tym, że nie było czym spłacać, bo siła polskiego eksportu była niewielka i tych dolarów nie było jak uzyskać. Obecnie polska gospodarka jest duża i bardzo dużo eksportuje. Jednak jeżeli to rozdawnictwo socjalne doprowadzi do tak dużego deficytu, że równowaga Polski będzie zagrożona, to Morawiecki może się gorzej zapisać niż Gierek. Istotą okresu PiS-owskiego jest to, że jest bardzo niski poziom inwestycji. Za chwilę polskiej gospodarce może skończyć się paliwo.

—współpraca: Karol Ikonowicz