Nowojorska policja opublikowała w poniedziałek tożsamość i zdjęcia sprawcy sobotniego zamachu w dzielnicy Chelsea, w wyniku którego rannych zostało 29 osób. Chodzi o niejakiego Ahmada Khan Rahamiego, 28-letniego Amerykanina pochodzącego z Afganistanu. Miał zbudować szereg ładunków ciśnieniowych podobnych do tych, jakie trzy lata wcześniej użyto w czasie zamachów w Bostonie.

Poza eksplozją w Chelsea w sobotę ładunek wybuchł na drodze w stanie New Jersey, przy której amerykańska armia miała organizować imprezę charytatywną. Nikomu nic się nie stało. Równocześnie policja znalazła na śmietniku w Nowym Jorku plecak z pięcioma innymi ładunkami. Jeden z nich wybuchł, gdy specjalny robot próbował go zneutralizować.

Niemal dwa tysiące kilometrów od Nowego Jorku, w miejscowości St Cloud w stanie Minnesota, mężczyzna przebrany w mundur służb porządkowych ranił nożem osiem osób. Spytał wcześniej jedną z ofiar, czy jest muzułmaninem. Został zabity przez policjanta.

Gubernator stanu Nowy Jork Andrew Cuomo początkowo uznał, że wszystkie zamachy są przeprowadzone na tyle amatorsko, iż nie może za nimi stać żadna poważna zagraniczna organizacja ja terrorystyczna. W poniedziałek zmienił jednak zdanie, tym bardziej że do ataku w Minnesocie przyznało się tzw. Państwo Islamskie. Teraz Cuomo woli mówić o „samotnych wilkach", którzy inspirowani przez ideologię skrajnego islamu decydują się na własną rękę działać, często bez przygotowania.

To jednak wystarczy, aby na ostatniej prostej wyborów prezydenckich w Ameryce narastała atmosfera strachu, która może napędzać dodatkowe głosy Donaldowi Trumpowi.

Wczoraj Citibank podwyższył z 35 do 40 proc. prawdopodobieństwo, że miliarder jednak wygra. Bo choć zdaniem banku rozkład głosów elektorskich wciąż wydaje się znacznie bardziej korzystny dla Hillary Clinton, to przecież wśród jej wyborców brakuje „entuzjazmu". Sondaże pokazują, że tylko 80 proc. jej zwolenników jest zdecydowanych pójść na wybory wobec 93 proc. w przypadku Trumpa.

Zdaniem sieci telewizyjnej CBS w 12 kluczowych stanach Trump i Clinton mają równe poparcie (po 42 proc.). Miliarder miałby nawet zdobyć Florydę, choć żyje tu bardzo wielu w większości niechętnych mu przecież Latynosów.

Z kolei w najnowszym sondażu „Los Angeles Times" twierdzi, że Trumpa popiera już 47,7 proc. Amerykanów wobec 41 proc. gotowych oddać głos na Clinton.