Poseł Franciszek Sterczewski próbował udzielić pomocy cudzoziemcom, którzy od kilkunastu dni koczują przy polskiej granicy. Parlamentarzysta został zatrzymany przez Straż Graniczną.

Członek KO wyjaśnia, że zamieszczone krótkie nagranie z wczorajszego zdarzenia przy polskiej granicy z Białorusią nie przedstawia sytuacji tak, jak było naprawdę.

- Nim zacząłem biec, odbyłem półgodzinną rozmowę z funkcjonariuszami straży granicznej. Spokojnie tłumaczyłem im, że nie mam zamiaru przekraczać granicy, a jedynie podejść na wysokość stojących niedaleko wozów transportowych i przekazać uchodźcom leki, jedzenie i koce. Powiedziałem panom, że mogą przejrzeć każdego banana czy orzecha, którego mam w siatce - powiedział w rozmowie z Interią.

Sterczewski nie przekonał funkcjonariuszy. - Odebrałem to jako uniemożliwienie mi wykonywania pracy poselskiej, a to z kolei jest złamaniem prawa. Żadne służby nie mogą zabronić mi podejść gdziekolwiek na terytorium Polski. Jako poseł mam prawo skontrolować działania polskich służb - tłumaczy.

- Jest tam grupa osób bezprawnie przetrzymywanych, w tym przynajmniej cztery chore osoby. Nie mają co jeść, piją wodę ze strumyka. Jeśli nic się nie zmieni, ktoś wreszcie umrze w tych krzakach - powiedział poseł KO.

- Zróbmy wszystko, by koczujące osoby mogły trafić do punktu granicznego, byśmy mogli sprawdzić kim są i jakie mają zamiary. Z rozmowy z niektórymi z nich wiemy, że są osoby, które mają prawo ubiegać się o azyl - dodał.