Kryzys zagląda do budżetów miast i gmin. Spadają dochody, a przybywa obowiązków. Minister finansów obostrzeniami w wydatkach bieżących i ograniczeniem deficytów zmusił samorządy do weryfikowania kosztów funkcjonowania.
Samorządowcy z kolei chcą walczyć w rządzie o dodatkowe dochody z PIT i CIT dla gmin. Zbierają podpisy pod obywatelskim projektem ustawy, która miałaby dać lokalnym budżetom co najmniej ok. 8 mld zł.
Jednocześnie Związek Zawodowy Pracowników Administracji Publicznej zabiega o przynajmniej 5-procentową podwyżkę tzw. kwoty bazowej, od której liczone są wynagrodzenia pracowników administracji. – Nie ma mowy o zmianach – usłyszeli na razie od ministra finansów Jacka Rostowskiego i jedni, i drudzy.
Tani Śląsk, droga Warszawa
Samorządy muszą zatem radzić sobie same. Pod nóż idą kolejne lokalne inwestycje, rezygnuje się z remontów. Ale w wydatkach administracyjnych zdecydowanych cięć nie widać.
W Gdańsku koszt utrzymania urzędników i magistratu w 2008 roku sięgnął 64 mln zł, w 2010 r. – 66 mln zł, a w tym roku już będzie 70 mln zł. To tylko o milion mniej niż rok wcześniej. W Krakowie będzie to już 3 mln zł mniej.
Poznań z kolei odnotuje skok o milion w górę w porównaniu z ubiegłym rokiem (do 153 mln zł). A Wrocław aż o 12 mln zł (plan na 2012 rok to 220 mln zł).
W przeliczeniu ubiegłorocznych kosztów na mieszkańca wśród województw najdroższe pod względem utrzymania administracji jest lubuskie (54 zł), w środku plasuje się np. podlaskie (39,6 zł na mieszkańca), a najtaniej jest na Śląsku (24 zł).
Czytaj więcej
Czy nabycie samochodu może być tak proste, jak zamówienie sprzętu online? O tym, jak wygląda transformacja tego sektora oraz jak należy odpowiedzie...
Wśród miast powiatowych powyżej 20 tys. widać bardzo duży rozdźwięk. Na przykład mieszkańca Sokółki samorząd kosztuje 160 zł, a mieszkańca Polkowic – już aż 701 zł.
W grupie miast wojewódzkich najtańszy jest Toruń
– 190 zł na mieszkańca, a blisko 8-tysięczna rzesza urzędników w Warszawie kosztuje każdego podatnika prawie 460 zł.
Czy w ogóle na wydatkach administracyjnych w samorządzie da się oszczędzić?
– W języku niemieckim jest takie ładne określenie „jein", czyli i tak, i nie. Tak samo jest z tymi wydatkami – komentuje prof. Michał Kulesza, administratywista, współtwórca reformy samorządowej. – Można nie remontować urzędu, jeździć rozklekotanym autem i oszczędzać biurowe spinacze. Ale zysk nie będzie wielki.
Stolica zapobiegawczo zaczęła wprowadzać takie cięcia już kilka lat temu. Były ograniczenia w korzystaniu ze służbowych aut, zmniejszenie limitów telefonów i kosztów reprezentacyjnych, czyli budżetów na kawę, ciasteczka czy kolacje biznesowe. Dało to w ciągu trzech lat ok. 100 mln zł oszczędności.
Ale i tak służbowymi komórkami dysponują dziś wszyscy dyrektorzy biur, zastępcy i wybrani szeregowi pracownicy urzędu miasta. A w dzielnicach funkcjonują i ryczałty na samochody i darmowe karty miejskie na przejazdy komunikacją. Ciągle jest z czego ciąć. – Ale wszystko w granicach rozsądku. Nie chodzi o to, żeby likwidować wszystkie samochody służbowe, kazać ludziom przesiąść się do tramwajów, a potem wynajmować auto do przewiezienia ważnych dokumentów z jednego urzędu do drugiego – tłumaczy Jarosław Jóźwiak, wicedyrektor gabinetu prezydenta Warszawy.
Na gazie też da się oszczędzić
Inne miasta – pytane o sposoby redukowania wydatków – również wskazują koszty zakupu długopisów, wyjazdy służbowe urzędników czy ich rozmowy telefoniczne. Niektórzy niemal zaczynają wydzielać kartki papieru do ksero.
– Oszczędzamy niemal wszędzie. Mamy tylko jednego kierowcę i jeden służbowy samochód. Nie korzystamy nawet z firm kurierskich, zorganizowaliśmy gońców – informuje rzecznik urzędu w Suwałkach Jarosław Filipowicz.
– Ograniczyliśmy zakup artykułów biurowych i sprzętu oraz usług, m.in. sprzątania, ochrony i remontów – wylicza rzecznik gdańskiego ratusza Antoni Pawlak.
Katarzyna Fiedorowicz-Razmus z magistratu w Krakowie uzupełnia: – U nas oszczędnościami zostały objęte delegacje krajowe i zagraniczne, szkolenia, zakup prasy i literatury fachowej, wykorzystanie energii elektrycznej, gazu i wody.
Ile jednak można zaoszczędzić na gazie w urzędzie? Tego już nie precyzuje.
Wiele samorządów obniżyło też fundusz nagród i zamroziło płace. W Krakowie na przykład w 2009 roku na nagrody dla urzędników wydano 8 mln zł, w ubiegłym już tylko 4 mln zł, a w tym roku na razie zaledwie 200 tys. zł. W stolicy fundusz nagród ogólnie spadł, choć nadal jest nieporównywalnie z innymi miastami wysoki. Rekord padł w 2008 r. – prezydent stolicy wypłaciła wówczas 65 mln zł nagród. Ale wkrótce ugięła się pod politycznym poleceniem Donalda Tuska i ograniczyła wypłaty. Dziś to ok. 40 mln zł.
Nagrody częściowo rekompensują brak podwyżek płac, których w stołecznym urzędzie miasta nie było od 2008 roku.
Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz nigdy nie ukrywała, że chce dobrze wynagradzać swoich podwładnych. – Nagrody to jedyny sprawdzający się system motywacji i docenienia zaangażowania pracownika
– stwierdza prezydent Warszawy.
Opór tylko przed zwalnianiem
Najtrudniej jednak przychodzi prezydentom i burmistrzom redukcja etatów. Podczas gdy prywatne firmy ogłaszają zwolnienia grupowe, liczba pracowników administracji nawet rośnie.
– Rząd nakłada na nas coraz więcej zadań, nie przekazując jednocześnie środków na ich realizację. Ktoś te zadania musi wykonywać, więc urzędników przybywa, a koszty rosną – usprawiedliwia włodarzy miast prezydent Poznania Ryszard Grobelny, prezes Związku Miast Polskich. Koszty osobowe pochłaniają lwią część administracyjnego budżetu, zżerają nawet to, co się uda wygospodarować na długopisach i spinaczac". Stąd – jak oceniają samorządowcy – powstaje mylne wrażenie, że miasta nie oszczędzają.
W stolicy w 2007 roku było 5,7 tys. pracowników, w tym roku – już blisko 2 tysiące więcej. W Gdańsku sześć lat temu stan zatrudnienia wynosił 1035 etatów, dziś – 1113. W Łodzi w 2007 pracowało 2156 urzędników, w tym roku – 2138. Ale za to w Krakowie w ratuszu przez ostatnie sześć lat zatrudnienie zmalało o... 55 etatów (dziś jest 2240 urzędników samorządowych).
– W rozroście etatów nie ma nic złego, jeśli zatrudnienie zwiększa się adekwatnie do zadań. I jeśli nie chodzi o załatwianie posad dla kuzynek polityków, ale o priorytety obsługi mieszkańców, dbanie o zagospodarowanie przestrzenne czy oświatę – ocenia prof. Michał Kulesza. – Zawsze da się na czymś oszczędzić, dopóki barierą nie stanie się racjonalność cięcia tych kosztów – ocenia profesor.
W większości miast często słychać pogląd, że w czasie gospodarczej dekoniunktury to właśnie urzędy miast i gmin są tymi, które gwarantują stabilność finansową lokalnej społeczności. – Owszem, nie ma od kilku lat podwyżek, ale płace są na czas, nikt tu nie straszy zwolnieniami grupowymi, wręcz odwrotnie, ciągle potrzebny jest ktoś nowy. Czasami nawet wpadnie jakaś nagroda, a o taki bonus w prywatnej firmie coraz trudniej. Administracja lokalna to na ciężkie czasy dobra poczekalnia – słyszymy od szeregowych pracowników samorządu.