Reklama

Robert Mazurek. Zbrodnia w Mniszku. Na końcu przyszli po dzieci

Nie tylko lato było ciepłe tego roku. Jesienne słońce sprawiało, że i w październiku było pięknie. Wokół wszystko umierało, tylko przyroda sielska, paradoks. Tak, natura poddała się ostatnia i wtedy wszystko się skończyło, i pogoda, i jesień, i nadzieja, wszystko.
Robert Mazurek. Zbrodnia w Mniszku. Na końcu przyszli po dzieci

Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Na końcu przyszli po dzieci, po te dzieci, których nie udało się wypisać do domów, których nie udało się ukryć. Ile ich było? Dokładnie nie wiadomo, zresztą, kto by liczył. Dość, że dwa autobusy, więc pewnie koło setki. Zalęknione dzieciaki niewiele miały wcześniej powodów do radości, więc choć przejażdżka krótka, półgodzinna, to nie reagowały źle. Pozwolono im rozbiec się po lesie i dopiero wtedy padły pierwsze strzały. „Strzelano do nich jak do zajęcy" – opisywał później jeden ze świadków. Obok stali już z łopatami miejscowi Żydzi. To oni musieli pozbierać i wrzucić do dołów ciała. I rannych, bo nie wszystkie dzieci zginęły. „Po zakopaniu dzieci ziemia w niektórych miejscach poruszała się".

Zabookuj najlepsze treści na wakacje!

Skorzystaj z promocji wakacyjnej i zyskaj dodatkowe drukowane magazyny: Nauka i Historia.

Twoje rzetelne i obiektywne źródło najważniejszych informacji z Polski i ze świata.

Promocja dotyczy subskrypcji RP.PL na rok.

Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama