Dla lewicy co najmniej z dwóch powodów. Dla działaczy jej radykalnego skrzydła sam fakt, że dochodzi do marszu, jest skandalem. Patriotyzm w wydaniu narodowców kojarzy im się z samym złem. Nie mogą przyjąć do wiadomości, że – wbrew modnym narracjom – nie jest tak, jakoby ulicami Warszawy co roku przechadzało się kilkadziesiąt tysięcy faszystów. Nie. Zdecydowana większość uczestników to zwykli obywatele, często rodziny z dziećmi, które chcą w jakiś wspólny i zorganizowany sposób spędzić narodowe święto. I choć mnie samemu z tymi marszami jest nie po drodze, mogę sobie wyobrazić, że normalni jego uczestnicy czują się dotknięci zaliczaniem ich w poczet faszystów. Niemniej dla skrajnej lewicy jakakolwiek publiczna aktywność skrajnej narodowej prawicy jest nie do zaakceptowania i najlepiej doprowadzić do jej fizycznej blokady. Zresztą popularność Marszów Niepodległości zaczęła się wówczas, gdy grupka publicystów „Gazety Wyborczej" i „Krytyki Politycznej" obwołała się przeciwnikami faszyzmu i zaczęła marsze blokować.

Umiarkowane skrzydło ma inny problem z tymi marszami. Co mądrzejsi myśliciele z tej strony już dawno ostrzegali, że tradycja pepeesowska, patriotycznej lewicy została po 1989 roku niemal całkowicie po lewej stronie zarzucona, co pozwoliło prawicy przejąć pojęcie patriotyzmu. Lewica po transformacji zbyt zapatrzona była w Zachód, zbyt szybko uwierzyła w koniec państwa narodowego, zbyt mocno uwierzyła, że historia się skończyła, by zauważyć, że wiele młodych osób czuje silny głód poczucia tożsamości i właśnie w patriotyzmie dostaje tożsamość zbiorową, pomagającą odzyskać poczucie sensu w zglobalizowanym świecie, poczucie kontroli w rzeczywistości, którą rewolucja technologiczna dzień po dniu zmienia w sposób nie do poznania.

To zresztą paradoks, że lewica, która początkowo była wobec globalizacji nieufna, podobnie jak wobec Unii Europejskiej (bo za nią stała grupa chadeków), dziś właśnie w organizacjach międzynarodowych – na czele z UE – widzi lekarstwo na szowinizmy, nacjonalizmy, patriarchat. Kłopot w tym, że im bardziej chce Unię zaprząc do walki z wszelkim obskurantyzmem, z homofobią, klerykalizmem czy nacjonalizmem, tym większą popularnością cieszą się partie tzw. alt-prawicy, które ostrzegają przed lewicą przejmującą organizacje międzynarodowe w celu narzucania swojej agendy.

Ale z Marszami Niepodległości problem ma też umiarkowana prawica. Po części wynika to zazdrości. Tak, po prostu narodowcy wpadli na pomysł, na który nikt ze szczycących się swym umiarkowaniem prawicowców nie wpadł wcześniej. Choć Lech Kaczyński dostrzegł potencjał w micie powstania warszawskiego, w etosie Państwa Podziemnego i jego Armii Krajowej, to jednak w porównaniu z gorącymi emocjami, jakie budzi wśród uczestników marsz kilkudziesięciu tysięcy par nóg, czerwona łuna rac itp., to wszystko było letnie.

Niepokój wynikał także z tego sztafażu. Z biegiem lat coraz bardziej wyraźne stało się przejmowanie nie tylko kibicowskiej estetyki, ale w ogóle stadionowej wersji patriotyzmu. Pokazywało to ograniczenia intelektualne takiego rozumienia miłości do ojczyzny. Uliczny patriotyzm – podobnie jak media społecznościowe – nie lubi półcieni. Chce widzieć świat czarno-białym. Kompromis Okrągłego Stołu przestaje być symbolem politycznej rozwagi, dzięki któremu doszło do niemal bezkrwawego przełomu (niemal – bo bandyci z MSW zabijali księży jeszcze w roku przełomu), a staje się dla niektórych symbolem narodowej zdrady.

Ale ważne są też skojarzenia. Kiedyś Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, powiedział, że ważne jest, z czym kojarzą się patriotyczne symbole, na przykład Polski Walczącej. Czy widząc ciemną nocą kogoś z kotwicą na ramieniu, czujemy ulgę i wiemy, że możemy poprosić go o pomoc, czy też przerażeni przechodzimy na drugą stronę ulicy, licząc, że nas nie zauważy.